19 października 2018

Smoothie bowl – marchwiowo imbirowa z chia

Wygląda na to, że smoothie bowl są tak fotogeniczne jak to wygląda na INSTA,
nie trzeba post produkcji te kolory są naturalne!!! fot. D.Szymborska


Moda? Może i tak, ale jaka zdrowa. Zdjęć nie trzeba dodatkowo kolorować! Smoothie bowl to koktajl w misce z dodatkami. Cóż za okrutny opis, ale tak jest w rzeczywistości! Taki koktajl wygodniej zjeść łyżką, bo ma tyle dodatków, że picie go ze szklanki nie byłoby praktyczne.

To miska pyszności powstała na podstawie przepisu szefa Macieja Siąkowskiego. Ten 26 letni kucharz, kiedyś sous chef w Senses, teraz wolny strzelec lubi ciekawe połączenia smaków. Ta marchewkowość tego dania jest wyjątkowa! Składników dużo, to z czego najłatwiej byłoby mi zrezygnować do chia, bo wciąż do nasionek szałwii hiszpańskiej się zbyt nie przekonałam, choć w tym połączeniu nie są one dominujące.

Składniki (2 porcje, użyci świeżego soku marchewkowego wymusza małą ilość, bo gotowe danie nie może stać więcej niż 12godzin w lodówce, po co marnować i wyrzucać jedzenie, jak można zrobić mniejszą porcje):

17 października 2018

Zapiekanka z tortellini, brokułami i serami

Kolorowe pudełka z zapiekanką - dobrze smakuje też na zimno! fot. D.Szymborska


Zapiekanki makaronowe to te dania, które są świetne na kolację i na drugi dzień do pudełka. Przygotowuje się je stosunkowo szybko, od razu dużą porcję. Zdecydowanie wolę je jeść na ciepło, ale na zimno też dają radę.

Do pudełek trafiło bio tortllini (pewno, że lepiej byłoby ulepić samemu, ale nie wszystko jest wykonalne, gdy mamy tylko 24 godziny), brokuły (też bio) gotowane na parze i dwa różne sery – jeden to czeski jadel a drugi to brytyjski cheddar.

Zapiekana z tych banalnie prostych w przygotowaniu a bardzo efektownych w smaku. Zróbcie koniecznie, nadaje się też do podgrzewania na patelni. Wystarczy odrobina tłuszczu i przykrywka i zapiekanka będzie smacznie odgrzana. Co do mikrofalówki to się nie wypowiadam od wielu lat nie mam w domu, czasem używałam w pracy, ale większość jedzenia traciła a nie zyskiwała przy podgrzewaniu więc tematu nie poruszam.

Składniki (4 porcje):

15 października 2018

„Panie przodem” bistro w Lublinie

Dobry lunch! fot. D.Szymborska


Przerwa między debatami, po jednej w której występowałam przed drugą, której koniecznie chciałam posłuchać. Głodna! Nie znam Lublina zbyt dobrze, do tego w Centrum Spotkania Kultur nie ma zasięgu, nie wspominając o Internecie czy WIFI.

Czyli jestem zdana na to co w budynku. Bistro „Panie przodem” – wpadam (przodem) przed kolegami i pytam co na szybko można zjeść. Pani mówi, że prawie wszystko z karty bo teraz nie ma czekających zamówień. Świetnie!

Karta z tych super pretensjonalnych, co to menu napisane jest składem dania przedzielanym ukośnikiem. Wybieram: Kopytka/ jajko sous vide/ cukinia/ filet z kurczaka/ szpinak/oliwa rzepakowa.

Dostaje wielki talerz w a środku danie z kwiatkami. Zjadałam wszystko z wyjątkiem dekoracji florystycznej bo wyglądem bardziej przypominała chryzantemki sprzedawane przed cmentarzem niż kwiaty jadalne.

Uwaga danie, było naprawdę smaczne, kurczak fajnie podsmażony, szpinak w liściach, a potyka delikatne i bardzo dobre.

Dlaczego, tak się dziwię? Z reguły przy centrach konferencyjnych trudno o zjadliwy lunch, albo stołówka albo dziwne dania. Tu w Bistro, pomimo tego śmiesznego menu jedzenie jest świeże, smaczne i podawane szybko od zmówienia, co też ma znaczenie.


Za jakość się płaci, tanio nie jest ale za to dobrze. Doczytałam, że Bistro istnieje od 2016, czyli amatorów smacznego jedzenia nie brakuje, a dzięki takim miejscom nie burczy w brzuchu w czasie debaty!

12 października 2018

Pera – degustacja win i próbne menu Nestora Grojewskiego

Ach te detale, w tym miejscu wszystko jest przemyślane, od "firmowych" kieliszków,
po ręcznie malowaną turecką ceramikę fot. D.Szymborska


Może nie na Titanicu, ale dla DiCaprio gotował Szef Nestor Grojewski. Teraz szaleje w dwóch kuchniach, równolegle. Zamysł restauracji Pera, to połączenie smaków: Azji i Włoch. Dwie kuchnie, dwie ekipy jedna tajsko druga włoskojęzyczna.

Restauracja jeszcze nie jest na dobre otwarta, to znaczy można zjeść już tutaj kolacje, ale nie odbyło się jeszcze huczne otwarcie, które nastąpi niedługo.

Szef wciąż dopracowuje menu, to które jadłam było wyjątkową wersją – degustacyjne połączenie jedzenia z winami.

Co ważne, wina z Riojy –  z winnicy Valdemar są już w karcie. Część jest dostępna na kieliszki, Gran Reserva na butelki.

To był szalony wieczór – 6 dań i 7 win!

Foodpairing to wyzwanie zarówno dla somelierów jak kucharzy – trzeba zbudować spójną wizję smaków. 

Razem z Szefem Grojewskim pracował Roberto Alonso w Bodegi Valdemar – efektem było ciekawe połączenie potraw i win – najbardziej zmieniał się smak surowego tuńczyka.

Nie wiem, które z tych dań trafią do końcowego menu, jeżeli miałabym wybierać to, które było najlepsze to postawiłabym na zapiekany bakłażan. W połączeniu z Conde Valdmar Finca Alto Cantabria 2016 zgotuje nam ucztę!

11 października 2018

Gulas zamiast angula – baskijska sałatka z jajkami przepiórczymi i niby węgorzykami

Kolorowa i pyszna sałatka fot. D.Szymborska


Gdy mieszkałam w Kraju Basków, mówiliśmy na to robaki. Jedliśmy z makaronem, czasem wyjadaliśmy z puszki….

Angula to malutkie węgorzyki, narybek taki – produkt bardzo drogi i ciężki do kupienia. Od jakiś 20 lat można kupić produkt o nazwie gula albo gulas czyli sztuczne węgorzyki. To znaczy, nie plastikowe ale zrobione z białka rybnego na podobieństwo malutkich węgorzy. Gulas nigdy nie jest przeźroczysty (jak żywy narybek), swoim kształtem i kolorem przypomina usmażony narybek. 

Gulas jest bardzo popularny w Kraju Basków, dodaje się go do sałatek, czasem nawet jajecznicy. Idealnie smakuje łączony z czosnkiem i oliwą.

Gulas można kupić zarówno w puszkach jak i foliowych opakowaniach, te drugie wymagają przechowywania w lodówce. To trochę podobny produkt do paluszków rybnych – może różnić się składem, ilością „chemii”, ale smak podobny. Nazwa gulas to również nazwa producenta, który przekonuje, że żeby wyprodukować kilogram sztucznych węgorzyków używa aż 5 kilogramów ryb (pozostanę lekko nieufna takim deklaracjom, bo skład na puszcze firmowej nie przedstawiał się aż tak imponująco i zdrowo!).

Co ciekawe nawet sztuczne węgorze z racji wysokiej zawartości białka są polecane osobom, które chce schudnąć. Podobno zawierają dużo zdrowego mięsa z białych ryb, i co też pozostaje ważne nie kosztują, tak jak prawdziwy narybek węgorzy (1000-1200E za kilogram).

Baskijska przyjaciółka, jak byliśmy w societad (TUTAJ) podała pyszną sałatkę, ponieważ przywieźliśmy gulas w puszkach to teraz zajadamy się takimi pysznościami.

Składniki (dla 4 osób):

10 października 2018

Rosół – przepis Macieja Nowickiego

Oj nie jest to szybki przepis, łatwy też nie biorąc pod uwagę lepienie....


Ostatni dobry rosół, który ugotowałam to był ten czarny na pieczonych kościach cielęcych, reszta była owszem idealną bazą do rissoto czy innego gotowania, ale smakiem nie powała.

Dlatego ucieszyłam się bardzo z przepisu zaproponowanego przez Szefa Macieja Nowickiego z Wilanowa. I nie ma w przepisie błędu, podobno w dawnej Polsce używano limonek! Co do pielmieni, to cóż ciężko się to lepi, ale z drugiej strony to super sposób by wykorzystać mięso z gotowanej zupy – czyli nic się nie marnuje.

To kolejny przez z warsztatów, zorganizowanych przez producenta Kurczaka Zagrodowego. Uwaga to propozycja, która nadaje się na długi i spokojny weekend, można też podzielić gotowanie na dwa dni…bo jest i piecznie, studzenie, lepienie pielmieni…

Składniki (12 porcji):

9 października 2018

Kurczak po staropolsku – z dynią, kminem i kolendrą

Oczywiście ładny talerz ułatwia wyserwowanie eleganckiego dania....


Lubię gotowanie z Szefem Maciejem Nowickim – jest dużo zabawy, śmiechu a w tak zwanym międzyczasie powstają pyszne dania. Tym razem warsztaty kulinarne były poświęcone gotowaniu mięsa z kurczaka. 

Podobało mi się bardzo, bo dobrze zrobione mięso z kurczaka przypada do gustu wielu osobom, Szef Maciej zaproponował nieoczywiste przepisy (jakżeby inaczej), dania były zaskakujące w smaku, co ciekawe odwoływały się do polskiej historii kulinarnej.

W wesołym blogerkim towarzystwie przygotowaliśmy między innymi kurczaka z dynią. Niby zwyczajne danie ale dzięki uzupełnieniu o kiszonki i sposobie podania, nagle ze zwykłego filetu z piersi kurczaka udało się nam wyczarować wręcz restauracyjne danie.

Gotowaliśmy w jednym z moich ulubionych miejsc w Villi Intracie, w Wilanowie. Trzeba jeszcze zaznaczyć, że używaliśmy mięsa o dobrej jakości, z marką Kurczaka Zagrodowego spotkałam się ponownie. Wiadomo, że jak używa się dobrych produktów to o efekty w kuchni łatwiej, tak było i tym razem.

Przepis szybki, prosty, jedynie wyzwaniem jest dodatek kiszonek, które trzeba przygotować nawet na dwa tygodnie wcześniej.

Niestety z powodu braków sprzętowych przepis będzie trudny do odtworzenia w moje kuchni…

8 października 2018

Zawody x2 – I Ursynowski Bieg Bez Windy i Biegnij Warszawo

Schodowe i asfaltowe zawody, drewniany i metalowy medal - miłe wspomnienia fot. D.Szymborska

Obecnie mam błogie roztrenowanie. Jedyne czym się zajmuję to dbanie o to, by przy braku mocnych treningów nie jeść dużo! Nie chcę zaczynać z nadwyżką kilogramową!

Niedziela była szalona. Na pierwsze zawody się zapisałam, dlatego, że były czymś zupełnie nowym, na drugie, bo jak do tej pory wystartowałam we wszystkich edycjach. 

Tak się złożyło, że obydwie imprezy biegowe odbywały się tego samego dnia. Tak, jak z godziną startu biegu masowego na kilka (a może kilkanaście) tysięcy ludzi, nie mogłam nic zrobić, tak w przypadku biegania po schodach, gdy zawodnicy startują w odstępach 15 sekundowych, mogłam poprosić o jak najwcześniejszy start.

W Pierwszym Ursynowskim Biegu Bez Windy przydzielono mi numer „2”, miałam wystartować zaraz po mistrzu świata – Piotrku Łobodzińskim. Odebrałam pakiet, zrobiłam solidną rozgrzewkę po parku i byłam gotowa do…wbiegnięcia na 15 piętro. Tak, tak UBBW odbywał się w zwykłym bloku mieszkalnym. Wbiegaliśmy na ostatnie piętro, potem zjeżdżaliśmy windą, która zatrzymywała się na „zwykłych” piętrach – pan z dalmatyńczykiem się nie zmieścił, ale pan ze śmieciami z niższego piętra i owszem. Miał taką minę jakby nas, co tu nie mówić spoconych biegaczy w ogóle w windzie nie było.

Do biegu podchodziłam jak do ciekawostki, ale cofnięcie mnie ze startu, czekanie na swoją kolej przez kilka minut, z powodu braku łączności, cóż to nie był poziom profesjonalizmu, do którego przyzwyczaiło mnie Entre. Wiem, problemy techniczne się zdarzają, ale nikt ze startujących ich nie lubi. Trudno, mam nadzieję, że będzie kolejna edycja bo zabawa była super, nawet z falstartem i czekaniem. 

Potem szybko do domu, prysznic i drugi set ubrań biegowych. Bieganie towarzyskie ma to do siebie, że odpada stres przedstartowy, nie me nerwów. Jest bardzo przyjemnie. Bieg z koleżankami oznacza dobrą zabawę, plotki i dużo śmiechu.

Wygląda na to, że BW  to jeden z bardziej niebezpiecznych biegów w Warszawie. Tłumy na starcie, pędzą do flagi z pierwszym kilometrem i nagle przechodzą do marszu, od piątego dużo osób maszeruje (ale nie mam na myśli tych z Maszeruje Kibicuje). Podają picie w połowie, ludzie „walczą” na trasie. To nie tak powinno być. Nie można lekceważyć biegu na 10 kilometrów. Slogan mówiący o tym, że zdrowie jest najważniejsze jest jak najbardziej prawdziwy. Do zawodów trzeba się przygotować, mdlejąca dziewczyna na 5 kilometrze, sygnały karetek na trasie –przerażająca nieodpowiedzialność ludzi.

5 października 2018

Bento, pudełko albo lunchbox – książka i nie tylko

Super książka kucharska i moje różne pudełka fot. D.Szymborska


Znajoma wydała super książkę o tym co warto zapakować do pudełka, które weźmiemy do pracy czy szkoły.

„Pudełkuję” od dawna. Z kilku powodów, najważniejszym jest to, że wiem, że jedzenie, które sama sobie ugotuję mi nie zaszkodzi. Tego niestety nie można powiedzieć o jedzeniu stołówkowym, lub tanich i szybkich lunchach na mieście. Czasem bywa nawet smacznie, ale potem ja i mój żołądek cierpimy.

Zdecydowanie wolę opcję, gdy mogę podgrzać to co do pudełka zapakowałam, jak się nie da i o tym się wie, to pudełkuję to co będzie dobrze smakowało na zimno.

Malwina w książce „Lunchbox na każdy dzień, przepisy inspirowane japońskim bento” proponuje przepisy łatwe, proste i super estetyczne. Z tą estetyką bento to jest tak, że owszem jak się wszystko ślicznie poukłada, zapakuje do pudełeczka to jest pięknie. Potem plecak, torba i jakoś jedzenie traci na wyglądzie. Trudno. Dobrym rozwiązaniem, które czasem stosuję jest pakowanie bento pudełek go specjalnego woreczka i noszenie wszystkiego w poziomie, dzięki temu jest i smacznie i pięknie! Tylko trzeba mieć wolną rękę by z czymś takim się poruszać.

Myślę, że domowe pudełka są świetną alternatywą dla tych cateringowych. Kiedyś testowałam kilka różnych firm, które przywożą jedzenie – była zabawa z rozpakowania, tony niepotrzebnego plastiku i w większości średnie jedzenie.

Bento Malwiny to specjalnie przygotowane pudełka, obmyślane kompozycje, moja wersja jest bardziej przyziemna – to pakowanie dodatkowych porcji z kolacji, które stają się obiadem dnia następnego. Taki sposób świetnie się sprawdza, bo nie trzeba poświęcać dodatkowego czasu na przygotowanie obiadu na wynos. Od więcej sosu i makaronu, albo sałatki…

Tutaj przepis na makaron ryżowy z indykiem i marchewką – przepis inspirowany tym, który zaproponowałam Malwina. Piszę inspirowany bo było sporo zmian, ale pomysł z tym, żeby użyć mięsa mielonego zamiast kawałków jest GENIALNY – dzięki temu od wejścia do kuchni do wydania obiadu (4 porcje) mija 25 maks 30 minut! A jest super smacznie!

Jeżeli chodzi o pudełka to mam dwa sety – jeden to moje różowe z przegródkami i drugie to francuskie pudełka inspirowane japońskim designem. Te drugie nic a nic nie przeciekają! Jedzenie nie zostawia na nich śladu. Jedyną wadą tych pudełek jest to, że robią wrażenie niezniszczalnych i nie ma najmniejszego powodu by kupować kolejne.

Tutaj przepis na bento obiad, który świetnie też smakuje na zimno:

3 października 2018

Szanghaj – 7 dni jedzenia (i zwiedzania)

Pocztówkowe zdjęcie tej "lepszej" strony rzeki, z mną był Bund czyli dzielnica małych domków i sklepów "wszystko za 10 yuanów" fot. D.Szymborska


Przed wyjazdem przeczytałam dwie książki z reportażami, dwa przewodniki (Lonely Planet), porozmawiałam z tymi co już w Szanghaju byli i poszperałam w sieci w kwestii miejsc wartych odwiedzenia. 

Jechałam z nastawieniem zwiedzania i próbowania nowych smaków. Troszkę też liczyłam, że przywiozę sobie nowe rzeczy – no wiadomo, Chiny – nowości, taniości.

Słuchałam o dokupowaniu walizek, żeby pomieścić się ze wszystkim co się kupiło. Cóż, mnie to zupełnie nie dotyczyło – pamiątki da najbliższych (pałeczki, figurki – sztuk kilka), dla siebie: 3 bransoletki, pałeczki i szalik. Taki mój minimalizm w wersji chińskiej.

Przez siedem dni jadłam w większości chińskie jedzenie, wyjątek stanowiły dwa wieczory – koktajl w gwiazdkowej restauracji (i kilku innych w Three on The Bund) i  kolacja w hali targów. W tych dwóch wypadkach było to jedzenie europejskie. 

Uwaga, uwaga najbardziej smakowały z całego wyjazdu smakowały mi żeberka w sosie z granatów właśnie (Jean Georges – 4F – ma jedną gwiazdkę Michelin, a od czasu otwarcia czyli od 2004 dostaje cały czas nagrody i jest w 100 najlepszych azjatyckich restauracji), zachwyciłam też się węgorzem i pierożkami w Crystal Jade – to sieć chińskich restauracji wyróżniania zarówno gwiazdką jak i za jakość obsługi. W Crystal Jade La mian Xiao Long Bao byłam kilkukrotnie – wiem, że w Szanghaju są tysiące restauracji ale ta miała nie tylko bardzo dobre jedzenie ale też łatwy sposób zamawiania. Jadłam też w chińskiej stołówce i chińskim hotelu, nie sięgnęłam po jedzenie na ulicy. Ktoś powie, nie poznałaś prawdziwych chińskich smaków – może, ale po rozmowach z chińskimi znajomymi nie chciałam jeść w miejscach, które nie mają oznaczeń związanych z kontrolą czystości. Nasłuchałam się o sposobach oczyszczania oleju, które są delikatnie mówiąc bardzo kontrowersyjne i mogą się odbić na zdrowiu.

Jedynie w przypadku połowy pieczonej głowy kaczki nie wiedziałam co z tego powinnam zjeść, WIFI nie było, google działa tylko z VPNem, to zostawiłam łeb na półmisku. Potem doczytałam, że powinnam go obgryźć z chrupiącej skórki. Trudno przepadło.

2 października 2018

Przyjaciół się nie zjada…

Żółw w szanghajskim akwarium fot. D.Szymborska


Jedne pływały sobie w dużych akwariach. Odwiedzający szanghajskie akwarium radośnie walili rękami w szyby, po to by zwierzęta się ruszyły, podpłynęły, odpłynęły, żeby zdjęcie było lepsze. 

Drugi pływał sobie w supermarkecie i czekał na wyłowienie, zabicie i zjedzenie.

Tak, żółwie je się na co dzień i od święta w Chinach.

Przez wiele lat mieszkała z nami żółwica, była nam na tyle bliska, że jak przeprowadzaliśmy się do Londynu to ona z nami (było dużo zamieszania żeby jej dokumenty podróży wyrobić), dlatego takie duże wrażenie zrobił na mnie żółw w dziale ryby i owoce morza szanghajskiego supermarketu.

Nigdy nie zamówiłam homara, który pływa w akwarium w restauracji, nigdy nie było ryby w wannie na święta, nie ugotowałabym też na żywca raków. Wreszcie po tym jak na warsztatach dowiedziałam się jak zabija się ślimaki, to ich też nie jem. A jeszcze na liście jest królik, bo kiedyś przez tydzień opiekowałam się jednym. Nie tknę też koniny ani psiny.

Ktoś powie nowe smaki, inna kultura –pewnie, ale zawsze mój wybór. 

30 września 2018

Obiad pierwszej klasy w samolocie, czyli o "upgrejdzie do fersta"

Startujemy z przystawkami, w tle szampan fot. D.Szymborska


Nie wdając się w szczegóły, podróż powrotna z Szanghaju była inna niż planowałam. Tak jak pierwszy etap do Dubaju był z tych stresujących tak drugi był miłym zaskoczeniem.

Ten moment, gdy jest się na tyle zmęczonym, że nawet się nie wykłóca, że zmiana miejsc, że nowa karta pokładowa….jak się okazało, kłócenie się o zmianę miejsc w samolocie byłoby dużo głupotą. 

Zmiana była, owszem do najwyższej klasy – czyli do pierwszej. W całym olbrzymim samolocie jest w niej tylko osiem miejsc, ups słowo miejsc nie pasuje to kajutki, zwane „suite”, ja miałam tę przy oknie, a właściwie przy trzech oknach.

Ponieważ blog jest o jedzeniu, sporcie i winie, to pominę podróżowanie a skupie się na tym, jaki obiad można zjeść w samolocie i jakiego wina się napić, bo tym razem to nie było „cziken-fisz” tylko smaczny posiłek. Brakowało tylko towarzystwa, bo co coś za coś – prywatność, możliwość rozłożenia łóżka, indywidualny barek, nawiew, lusterko, kwiatek….zamykane drzwi i towarzystwo chmur za oknem… Suity na środku mają chowane ścianki więc można jeść w towarzystwie….


Wybór w menu spory, niektóre danie oznaczone jako te ultra zdrowe przygotowywane bez soli i tłuszczy – odpadły od razu. Oczy mi się zaświeciły jak zobaczyłam dorsza – wiadomo, że zamówię.

26 września 2018

Jurker a może Dżurker – na biegowej ścieżce – nowa książka Scotta Jurka

Coś dla miłośników gór i biegania...


Pewno, że jest o bieganiu, ale ta książka też jest o miłości. Taka na jeden zimniejszy i dłuższy wieczór – to już niedługo. Czyli idealny prezent na Gwiazdkę, albo jak ktoś marznie to do przeczytania już teraz!

To opowieść o bieganiu, takim ekstremalnym, górskim pełnym kontuzji, dziwnych zdarzeń ale też wielu ludzi, którzy są wielkimi entuzjastami sportu.

Jak dla mnie mogłaby być o połowę krótsza bo opowieść trochę się ciągnie, to pewnie dlatego, że Scott biegnie przez 3540 kilometrów. To nie literówka – przez wiele dni, po górach z wsparciem technicznym swojej żony i przyjaciół.

Przeczytałam i pomyślałam, że każdy ma swoje pasmo gór, które kusi, czeka. Jak to można się spodziewać po Jurku, wybierze coś spektakularnego – Szlak Appalachów, ale my możemy pobiec z Gubałówki na Butorowy, potem na Czerwone Wierchy, albo tak jak chłopaki gonić na lekko po Tatrach Wysokich. Każdy znajdzie coś dla siebie, trzeba tylko biegać i chcieć!

Że urlopu nie ma, że kasy brak, że żona krzywo patrzy, że dzieci wymagają opieki, że pies obgryzie meble – często jesteśmy mistrzami w tworzeniu wymówek. Jurek pokazuje, że można inaczej – bywa trudno, ale co cel to cel.

24 września 2018

Zhongqiu Jie – czyli festiwal księżycowych ciastek w Szanghaju [FOTO RELACJA]


Jedna z uliczek w Szanghaju fot. D.Szymborska



Kolejny dzień w Szanghaju -  święto środka jesieni, dzień ustawowo wolny od pracy. 

Pewno mniej bym się nim przejmowała, gdyby nie to, że ciężko było rano znaleźć coś otwartego, by zjeść śniadanie. 

O jedzeniu też będzie, bo drogie i nie zawsze dobre, ale najpierw o tym bardzo sympatycznym święcie. Bo koniec zbiorów, zwyczajowo powinno się spędzić z rodziną i zjeść specjalne księżycowe ciastko – wszystko udało mi się zrobić! 

Kolacja w restauracji polecanej przez przewodnik z grubym ludzikiem – megasmacznie, ciasteczko z nasionkami lotosu, tutaj napiszę, że to egzotyczny smak, który nie każdemu przypada do gustu...

Większość sprzedawanych ciasteczek pakowana jest w folię, wraz z pochłaniaczami wilgoci może przetrwać lata, są też stoiska ze świeżo pieczonymi, które zamiast formowania w specjalnym drewnianym naczyniu mają tylko pieczątki. Nadzienie niezmienne – nasiona lotosu. O święcie przypominają komunikaty z radiowęzłów. 

Porto – sierpniowy koszmar turystyczny

Kadrowanie do góry pozwala zrobić zdjęcie bez turystów! fot. D.Szymborska


Nie byłam wcześniej w Portugalii. Jakkolwiek to śmiesznie brzmi, jak się mówi po hiszpańsku to się do Hiszpanii jeździ, nie?

Pierwszy raz w te wakacje wybraliśmy się do Porto. Lektura przewodnika – że mosty, dorsze, porto w Porto. Ani słowa, że korki, tłumy, tłumy i jeszcze raz tłumy. A jeszcze jedno jak lubicie swoje auto i do tego jest większe od Smarta, to odwiedźcie Porto innym środkiem komunikacji!

19 września 2018

40 urodziny Maratonu Warszawskiego

Okolicznościowy breloczek, znajdzie się w pakietach startowych fot. D.Szymborska


Rzadko piszę o konferencji prasowej, tutaj na blogu, z reguły wrzucam zdjęcie na FB, czasem jeszcze kilka na Insta. Tyle. O czym opowiadać – szybszy i najszybsi będą biec, statystyki, oficjele i potem jeszcze (z reguły) szybki obiad dla dziennikarzy.

Dziś miałam wielką przyjemność (serio) uczestniczyć w innej niż zwykle konferencji prasowej przed dużą imprezą biegową.

Wyobraźcie sobie, że Marek Tronina podjął bardzo odważną decyzję – w czasie jubileuszowego biegu, 40 Maratonu Warszawskiego, nie podpisze kontraktu z żadnym zawodnikiem czy zawodniczką! 

17 września 2018

45 BMW Berlin Marathon 2018 – relacja

6 do kolekcji! fot. D.Szymborska


Mamy to! Rekord świata! 2.01.39 to są takie prędkości uzyskiwane na nogach, z którymi niektórzy robią wycieczki, tyle, że rowerowe! Niewiarygodna kondycja, przygotowanie i wynik!

Jestem szczęśliwa, że znowu mogłam biec po tych samych niebieskich liniach co mistrz świata!

To był mój szósty start w berlińskim maratonie, czas najgorszy, ale co do radości z biegu to drugi po debiucie sprzed lat.

A było tak: odbiór pakietu – znów na lotnisku, tym razem „usprawnienie” w odbiorze koszulek z pakietu oznaczało odstanie minimum trzydziestu minut a później to nawet do godziny. Coś poszło nie tak, bo cała reszta jak zawsze przytłaczająca wielkością i ogromem biegowego asortymentu. Było mi też bardzo miło przy odbiorze numeru startowego, gdy pani wolontariuszce wydał się podejrzany mój wiek, jej zdaniem wyglądałam dużo młodziej.

Potem obiad – zupa tajska z makaronem oczywiście, na kolację jeszcze kawałek pizzy i nic tylko czekać na start. 

Wszystko przygotowane, ubieram się przed wyjściem a tu….wielka dziura w spodenkach biegowych. WIELKA! Na szczęście słucham rad, które piszę dla innych i miałam ze sobą drugi zestaw ubrań biegowych i drugie spodenki. Obyło się bez zszywania przy użyciu hotelowych zestawów naprawczych.

Przed startem też było stresująco. Musiałam się czymś zakrztusić, albo to było ze stresu. W każdym razie bardzo kaszlałam. Przed biegiem na telebimach puszczane są pozdrowienia dla biegaczy w wielu językach, oglądamy piękne filmy z trasy ale też co roku jest wystąpienie dyrektora medycznego maratonu, który przekonuje, że jak ktoś się źle czuje to zdrowie jest najważniejsze a nie start. Myślałam, że to taka pogadanka tylko, ale przy mnie jedna pani z płaczem zrezygnowała. Czy ten filmik uratował jej zdrowie, nie wiem, ale myślę, że to możliwe. A ja sobie tak stoję i kaszlę. Pan obok poszedł po medyka, zaniepokojony moim stanem zdrowia. Po chwili pojawił się lekarz. Wytłumaczyłam, że to nie chorobowy kaszel, pan zmierzył mi ciśnienie, porozmawiał i powiedział, że „będą mieli na mnie oko”. Mój poziom stresu był mega wysoki, bo niedawno koleżanka, która zakwalifikowała się na mistrzostwa świata w ½ IM w Afryce nie została dopuszczona przez lekarza do startu. Z medykami nie ma dyskusji, odwoływania się. Uff teraz to już tylko maraton był przede mną. A nie jeszcze bieg do łazienki na 2 minuty przed startem.

14 września 2018

3 dni do maratonu – 7 rzeczy, które można zepsuć

Nie psujemy nic! Czytamy i się śmiejemy z innych....bo z siebie to zawsze trudniej....fot. D.Szymborska


Niby to tylko kilkadziesiąt godzin, a możliwości zepsucia startu w maratonie jest bardzo, bardzo dużo. 

Oto lista takich o których słyszałam lub czytałam. 

Bez oceniania, jakim idiotą trzeba być, bez mówienia, że to tylko kretyka by tak się zachowała, to się działo bo… biegacze i biegaczki to ludzie, a głupotki mniejsze i większe do ludzkich rzeczy trzeba zaliczyć. 

Najprościej zepsuć swój start robiąc następujące rzeczy:

1. Maraton jest w niedzielę, to można pójść na imprezę w piątek, balować do rana i umierać dwa dni pod rząd w sobotę na kaca, w niedzielę na zmęczonego biegacza,

13 września 2018

Ryżowe kluski z dynią, grzybami mun i marynowanym kurczakiem

Lekkie kluski, które mają dużo węglowodanów i białka a smak dyni jest ciekawym urozmaiceniem fot. D.Szymborska


Fusion pełną miską!

Miałam ochotę na pieczoną dynię hokkaido, ale nie chciałam powtarzać ciężkiego przepisu z mascarpone (TUTAJ) dlatego upiekłam ją dzień wcześniej by dodać ją pod koniec smażenia i mieszania wszystkich składników tego azjatyckiego dania.

Przepis będzie na 4 spore porcje, tak by dwie zjeść na kolację i kolejne trafiły do pudełek, bo zaletą tego dania, jest to, że smakuje też świetnie na zimno.

Połączenie marynowanego kurczaka ze słodką dynią i grzybami mun jest ciekawe, smaczne i lekkie. 

Duża ilość soku z limonek nadaje pikatności a sos rybny wydobywa smak!

Duża dawka węglowodanów, idealna przed niedzielnym maratonem….

Składniki (4 duże porcje):

12 września 2018

Nie marnuj jedzenia zrób sobie summer rolls

Pieczony kurczak (resztki) papryka, ogórek, kolendra fot. D.Szym


Do ideału, czyli tego by nie wyrzucać żadnego jedzenie to jeszcze w naszej kuchni trochę brakuje. A to wielki słoik ogórków konserwowych oznacza, że nie jesteśmy w stanie ich przejeść i pojawia się pleśń i trzeba jedzenie wyrzucić, bywa, że zapodzieje się w lodówce otwarte opakowanie śmietany…

Jednocześnie dzięki robieniu bento – obiadów w pudełkach to, to co zostanie z kolacji staje się obiadem następnego dnia.

Summer rolls czy zawijanie jedzenia w papier ryżowy to idealny sposób na bezglutenową kanapkę, świetną przekąskę i wykorzystanie wszystkiego (no prawie) co jest w lodówce.

Papier ryżowy można przechowywać przez długi czas, trzeba tylko zadbać by był w woreczku i nie dostała się do niego wilgoć.

W zwijaniu summer rolls’ów szybko nabiera się wprawy.

Na zdjęciu wykorzystane mięso z kurczaka (był pieczony z ziemniakami na sposób baskijski),  papryki i ogórka plus kilka listków kolendry.

Tutaj instrukcja krok po kroku jak zrobić summer rolls:

10 września 2018

Wielka Ursynowska, czyli czego WYMAGAJĄ biegacze…


VII edycja biegania po trawie na torze wyścigów dla koni fot. D.Szymborska

Czy będzie koszulka w pakiecie?

A gdzie znajdę projekt medalu?

Tam się nie da dojechać, dlaczego nie podstawicie autobusu?

Dlaczego dzieci dostają drewniane medale, a nie metalowe?

Taka kolejka do łazienki, a nie mogli dostawić tojtoi?

W zeszłym roku wyniki były ustawione, ciekawe jak będzie w tym?

To wszystko usłyszałam i przeczytałam o biegu – Wielka Ursynowska. Wpisowe dla dorosłych to 10PLN, dla dzieci 0. Bieg po torze wyścigów konnych, łazienki w budynku trybuny VIP, pomiar czasu elektroniczny, start punktualny, trasa zmierzona.

Biegaczki i biegacze, proszę Was co z Wami się dzieje? Czy Wam się w głowach poprzewracało? 

6 września 2018

Culuca Cocina – przewodnik Michelin wie co poleca – A Coruna, Galicja, Hiszpania

Ups, widać okruszki na talerzyku - chleb był taki pyszny....fot. D.Szymborska


Niech Was nie zmyli informacja, że restauracja i bar otwarte są cały dzień. To znaczy, tak są otwarte, ale kuchnie nie! Kuchnia działa od 20.00. Praktyczna rada, koniecznie zróbcie rezerwację bo wtedy traficie to pięknej sali na końcu restauracji, przez szybę zajmującą całą jedną ścianę będziecie mogli oglądać co dzieje się w kuchni.

Culuca Cocina to ciekawe miejsce w A Coruna, w dzielnicy lepszych sklepów, ale oddalonej od samego centrum, menu tylko po hiszpańsku, obsługa przemiła a jedzenie z tych, które się zapamiętuje.

To połączenie kuchni z autorskiej z normalnymi porcjami. Dla mnie idealne rozwiązanie, nie dostaję dziwnego menu degustacyjnego tylko bardzo smaczną kolację. Nie ma problemu z dzieleniem się przystawkami, ba to nawet jest przyjęte – kelner przynosi talerzyki dla wszystkich, a przystawki lądują na środku stołu.

5 września 2018

Manteleria 3 – winny bar z tapas w A Coruna

Tutaj czas się zatrzymał, jest spokojnie, klimatycznie... fot. D.Szymborska


Warto tutaj wpaść, posiedzieć, ale nie poleciłabym jednak tego miejsca na kolację. Zostało dobre wspomnienie pięknego lokalu, charyzmatycznej barmanki, zastraszonego pomocnika, który ustawiał i przecierał z niewidocznego kurzu butelki, tak by szefowa była zadowolona. Był i pan z pieskiem, który widać przyzwyczajony, miał swoje miejsce pod krzesełkiem barowym. Głośna grupa przyjaciół. Manteliriia jest malutka, bywa bardzo tłoczno i zupełnie pusto jak na zdjęciu (to jak wychodziliśmy).

Część tapasowej kolacji w Mantelerii udało się nam zjeść za trzecim (chyba) podejściem. Wcześniej lokal zwyczajnie był zamknięty. Kolejne miejsce, które otwiera się i zamyka w sobie tylko znanych godzinach.

To jeden z bardziej klimatycznych barów w tym galicyjskim, portowym miasteczku. Zapełnia się pustoszeje. To wszystko dzieje się bardzo szybko. Wpadają tutaj turyści i starzy bywalcy.

To miejsce z ciekawą kartą win na kieliszki. Właściciele stawiają na lokalne wina, zapewniają też dostęp do najbardziej znanych marek. Jednym słowem można zamówić po prostu białe lub czerwone, albo porozmawiać i napić się wina, które może nas zaskoczyć. Jeżeli istniałaby kategoria wina przyzwoitego – takiego, które ma nos, usta i powoduje, że chcemy o nim opowiadać, to w Mantelerii kosztuje od 2.4E wzwyż (oczywiście za kieliszek).

3 września 2018

Berlin Marathon – kilka praktycznych rad dla debiutantów (i nie tylko)



Biegniesz? Super! 

Już teraz:

Po pierwsze zgraj na telefon, ale też wydrukuj potwierdzenie udziału, które powinno już dojść mailem. Nie masz go w skrzynce? Sprawdź w spamie. Telefony mają to do siebie, że się rozładowują, dlatego ja zawsze wolę mieć wydrukowane potwierdzenie mojego udziału.

Masz super życiówkę z wcześniejszych maratonów? Nie chcesz startować ze strefy H – tutaj ustawiani są debiutanci w Berlinie. Weź ze sobą oficjalny wydruk ze strony z wynikami. Uważaj na niemiecką dokładność, biegłaś jako Kasia, a tutaj startujesz jako Katarzyna – trzeba będzie tłumaczyć, że jesteś tą samą osobą. Przed wyjściem ze strefy wydawania numerów startowych (nie ma opcji, że tam wrócisz lub się cofniesz na expo) podejdź do stoiska ze zmianami stref – przedstaw (na telefonie też może być, ale patrz punkt wyżej) swoje wyniki a na Twój numer startowy wolontariusz naklei inną literkę, która będzie oznaczała możliwość dostępu do szybszej strefy.

W Berlinie:

Nie zostawiaj odbioru numeru na ostatnią chwilę – są tłumy i wielkie kolejki!

Weź ze sobą dowód/paszport/prawo jazdy – sprawdzają naprawdę!

1 września 2018

O Vinedo de Tito – galicyjskie przysmaki w A Coruna

Jeżeli zdecydujecie się na jedzenie i picie na dworze, to przy tym barze rosną takie winogrona....fot.D.Szymborska


Raz było pysznie, drugi również, trzeci – to już można powiedzieć – jak zwykle PYCHA!
Tak, tak w jednym miejscu zjedliśmy trzy pyszne kolacje!

Mam pewność, że rekomendując wszystkim genialną ośmiornicę nie popełniam błędu – piszę o super smaku, świetnej konsystencji i radości z jedzenia.

O Vinedo de Tito to jedna z wielu tawern w A Coruni. Jeżeli zapytacie się jak jest otwarta to, rozłożę ręce i powiem, że jest jak jest. Bywa przed wieczorem i powinna być otwarta od 20 każdego dnia, tyle, że nie jest. Bezpiecznie jest zajrzeć około 20.15 – albo będzie powoli gromadził się tłumek, albo okiennice będą dalej zamknięte i można albo pospacerować i wrócić albo szukać innego miejsca (mam do polecenia jeszcze dwa!). Wybór należy do Was, ale warto być cierpliwym….bo tak pysznej ośmiornicy to nie jadłam nigdzie! A za ośmiornicą przepadam i zamawiam często….