19 listopada 2018

Węgierski kociołek z pietruszkowymi galuszkami

Rozgrzewające, pyszne, węgierskie danie fot. D.Szymborska


Pierwszy śnieg, pierwsze węgierskie danie tej jesieni. Smalec, kminek, dużo papryki to wszystko mocno doprawione zielem angielskim, podane z rozpływającą się wołowiną i ziemniakami – rozgrzewające, węgierskie danie w moim talerzu. Pietruszkowe galuszki do tego i kuchnia węgierska rządzi w zimne, deszczowe albo śniegowe dni.

Wiosną, latem książka kucharska z Węgier może stać w drugim rzędzie na półce, ale gdy tylko robi się chłodniej to po nią sięgamy. Nagle potrawy mięsne, tłuste, ale też wyraziście doprawione stają się bardzo potrzebne i pożądane. Właściwości rozgrzewająca są bardzo przez nas doceniane.

Zaletą takich jednogarnkowych dań jest to, że przygotowuje się duży kociołek, brytfankę i potem jest jedzenie na dwa dni, a część można nawet zamrozić.

Przepis, z niezawodnej książki z kuchnią węgierską – Przewodnik kulinarny Pascal- Węgry, dodatek białego, wytrawnego wina – konieczny!

Przepis na 8 porcji:

14 listopada 2018

Fenomen ramenu?

Dobre, ale słone... fot. D.Szymborska


Co ma w sobie ta zupa, że myślę o niej czulej niż o esencjonalnym rosole? Dlaczego są ramen bary a nie ma rosół barów? Wreszcie kilkadziesiąt złotych za miskę z zupą, czy to ma sens?

Myślę, że ramen w Arigator Ramen Shop ma dużo soli i (może) sody, bo bardzo chce się po nim pić. Myślę o nim bo wygląda egzotycznie i pięknie, smakuje ciekawie. Ramen bary są modne, ale jakby był rosołowy to też bym do niego chodziła, bo taki np. rosół na palonych kościach z domowymi kluseczkami….to przecież taki, nasz wschodni odpowiednik ramenu… a z wydatkami, cóż za dobre jedzenie się płaci i na dobrym jedzeniu robi się biznes, co nie zmienia faktu, że 32PLN to sporo jak na zupę w barze.

Dla fenomen polega na tym, że okazuje się iż więcej ludzi lubi zupy, że istnie restauracji czy baru gdzie królują parujące miski ma sens biznesowy. Cieszę się z tego! Sceptycy przypominają, że nasze, warszawskie rameny to jakaś dziwna odmiana tych w Japonii, możliwe, dobrze, że w większości jest to smaczna odmiana.  Największa różnica chyba polega na tym, że (według literatury) rameny na Wyspie Kwitnącej Wiśni podawane są na szybko, w barach, które my nazywalibyśmy mlecznymi. Oh, to byłby dla nie raj, gdyby nasze mleczne serowały ramenowe miski! Jaki kraj taki mleczny….

11 listopada 2018

Miesiąc morsowania za mną...

Morsowanie w Jurmali, druga od prawej to ja, pierwsza (bliższy plan) to mewa. Morze było bardzo płytkie, żeby się zanurzyć trzeba było iść naprawdę daleko...fot. J.

4 soboty. Każda inna. 

Pierwsza – nie wiedziałam czego się spodziewać. Nie miałam pojęcia jak zareaguje moje ciało i moja głowa. 

Druga – już spodziewałam się, ciarek i mróweczek na skórze. 

Trzecia – znów coś innego bo tym razem wchodzę do Bałtyku. 

Czwarta – chcę wydłużać czas, możliwe jest przesuwanie swoich granic!

Na pierwszym morsowym spotkaniu Wiktor, mors z kilkuletnim stażem powiedział do mnie, uważaj to wciąga, jak zaczynałem to chciałem morsować codziennie. Słuchałam tego jako ciekawostki w czasie rozgrzewki. Że co, chcieć wchodzić do TAKIEJ wody codziennie? 

Teraz wiem, że nie mówił prawdy, morsowanie uzależnia. Myślę, że dzieje się tak z kilku powodów.  Wchodzenie do zimnej wody podnosi poczucie własnej wartości. Jeżeli jestem w stanie wejść do jeziora, morza to wiem, że jestem osobą odważną, nie boję się wyzwań. Nie mówię, że się tej zimnej wody, nagle przestałam bać. Co to, to nie. Mam do niej wielki szacunek, zrozumiałam to o czym czytałam – wychłodzenie tych co wpadają do morza, „człowiek za burtą” – to coś jeszcze bardziej strasznego. Po drugie, poprawa humoru. To dzieje się naprawdę, człowiek nastoi się w tej lodowatej wodzie, potem się wytrze na brzegu i uśmiechać się nie można przestać. Po trzecie – woda w basenach, w których pływam przestała być zimna. Serio, wcześniej narzekałam, że taka zimna, teraz temat zniknął. 

7 listopada 2018

Zapiekane tacos z chili con carne

Pyszne tacos, które wszyscy mogą wspólnie jeść przy stole fot. D.Szymborska


Tacos to takie łódeczki z ciasta kukurydzianego, mogą być miękkie lub chrupiące. Możne je samu piec lub kupić gotowce. 

Do tej pory z podawaniem tacos w naszej kuchni było dużo zamieszania, gorące tacos, które się kruszyły przy nakładaniu farszu czy sosu. Wymyśliłam na to sposób! Zapiekam wszystkie tacos w piekarniku, bardzo ważne jest to by naczynie żaroodporne nasmarować masłem, dzięki temu nic nie będzie przywierać, a wszyscy przy stole wspólnie będą się cieszyć z jedzenia.

Dodatkowym atutem tego dania jest to, że przygotowane wcześniej chili con carne można zamrozić i potem przygotowanie takiej kolacji czy obiadu zajmuje moment – podgrzanie sosu i nagrzanie piekarnika plus pieczenie przez 10 minut.

Specjalnie użyłam mięsa z indyka, dzięki temu chili con carne jest lżejsze. Dodatek fasolki szparagowej też jest super smacznym pomysłem.

Zapiekane tacos są idealne na imprezę – możemy wszystko przygotować przed przyjściem gości i potem tylko włożyć do nagrzanego piekarnika. Można do takich tacos podać kwaśną śmietanę, słodką salskę pomidorową czy guacamole. 

Składniki (7-8 tacos):

6 listopada 2018

Jurmala – pustynia kulinarna nad łotewskim Bałtykiem [FOTO]

Nie mogłam się zdecydować czy kurczak czy marchewkowe ciacho było najlepsze....jedzenie w Jurmali w obrazkowym skrócie fot. D.Szymborska


Takie połączenie Sopotu z Ustką – jeżeli chodzi o architekturę. Niewiarygodnie piękna, 25 kilometrowa plaża. Czysta woda w morzu. Cudowne miejsce na wakacje, weekend. Jest tylko jedno „ale” – tutaj trudno o dobre restauracje, bardzo.

Jeden deptak a przy nim, sporo by się wydawało miejsc. Tylko kto ma ochotę na burgera przesiąkniętego tłuszczem, kanapki w restauracji przed którą nie pachnie najładniej. Była też próba zjedzenia w polecanym w „Internetach” miejscu – niestety nieudana, bo coś nie tak było z kominkami i można było się uwędzić na miejscu.

Odwiedziliśmy trzy – sieciówkę Tokyo - City, lokalną Majorenhoff i ormiańską Zangezur. Była też kawiarnia De Gusto.

Zdecydowanie polecam ormiańskie jedzenie i ciastka w De Gusto. Pozostałe dwa miejsca, nie wypadają zbyt dobrze.

Zacznę od tego co smaczne. Zangezur to jedna z obleganych restauracji w Jurmalii, czynna nawet poza sezonem (czyli teraz też), kilka stolików w środku duże dwa tarasy (nieczynne). Ciekawa karta i dobre jedzenie. Spróbowaliśmy wielu dań: zupy – solanka wygrywa z gulaszową i wegetariańską. Można zamawiać po poł porcji – idealne na rozgrzewającą przystawkę. Ormiańska wersja caprese mocno czosnkowa ale bardzo smaczna, bakłażany z serem świetne, marynowane pędy czosnku – dziwne ale dobre jako dodatek, pierogi – świetne, kurczak tabaka (calis tabaka) – delikatne mięso i marynowana cebula. Raz zamówiliśmy na wynos i sposób podania bardzo staranny – takie pudełko miło otwierać, lubię gdy kucharze dbają również o jedzenie na wynos. 

5 listopada 2018

The Catch Riga – czyli super kolacja w stolicy Łotwy

Jedne z pysznych maków fot. D.Szymborska


Jednego dnia można zjeść obiad w stołówce, drugiego w restauracji….i obiektywnie patrząc mieć miłe wspomnienia z tych dwóch miejsc.

The Catch w Rydze to miejsce o którym słyszałam wiele, nie mogłam się doczekać kolacji. Od razu zacznę od tego, że to malutki lokal i rezerwacja stolików to konieczność! Obsługa mówi po łotewsku, angielsku i rosyjsku.

Wielodaniowa kolacja była super sympatycznym zakończeniem pełnego zwiedzania dnia w Rydze, którą uwaga, uwaga można przejść „całą” w jeden dzień – owszem ponad 27 kilometrów w nogach, ale bez komunikacji miejskiej obeszliśmy całe zabytkowe centrum i spory kawałek na około….

The Catch ma japońską kartę z wyjątkiem hiszpańskich papryczek. Nie wiem, dlaczego tam się znalazły ale były zrobione w punkt.

Nie jestem entuzjastką sformułowań w stylu: duże porcje, do syta, można się najeść itp. ale akurat w przypadku tej restauracji to napiszę – małe porcje, trzeba zamawiać duuuużo różnych dań.

Ramen z kurczakiem był genialny! Niestety jajko doszło w bulionie, ale tutaj nie mogę mieć pretensji do kucharza, tylko do kelnerów. Nie wiem jak wygląda kucharz, ale wiem jak głośno potrafi klaskać jak jest zdenerwowany! Nie ma dzwonka w kuchni, kucharz klaszcze jak danie jest gotowe, przy moim ramenie to wyklaskał kilka bisów, owacja na stojąco….

Kimchi – och co za smak, wszystko przepyszne, rozpływające się w ustach. Maki to po prostu poezja. Precyzja ułożenia, piękno podania i doskonałość smaku. 

1 listopada 2018

Ryga – stołówka pracownicza – taaaki obiad za 6 Euro

Obiadowa klasyka fot. D.Szymborska


Poznawanie miasta gdzie ktoś inny mieszka, albo przynajmniej pomieszkuje, to zupełnie inne doświadczenie kulinarne. Nie używamy tripadvisorów, poleceń blogowych, tylko idziemy tam gdzie wiadomo, że „dobrze” karmią. Dotyczy to zarówno wystawnych kolacji jak i szybkich lunchy.

Stołówki pracownicze mają to do siebie, że są…..jak sama nazwa wskazuje dla pracowników, na szczęście ta o której piszę „Food Republic” w Rydze jest ogólnodostępna!

Wyobraźcie sobie, taki (mniejszy niż warszawski) Mordor – czyli biurowce obok siebie. W jednym z nich na parterze jest stołówka. Czynna od 11.30 do 15.30. Uwaga są duże kolejki, przychodzą tutaj wszyscy z okolicy, są eleganckie panie w kostiumikach, zaklikani w telefonach panowie, ale też tacy, którzy nawet nie zdejmują płaszcza, bo biorą wszystko na wynos.

Cena za obiad waha się od 6 do 8 Euro. Pierwsza myśl, będzie jak w mlecznym…nie jest. To pyszne jedzenie a do tego obsługa mówi po angielsku!

29 października 2018

Wstęp do morsowania – niezbędnik morsa i morsicy

Do tego odwaga i wiara w siebie i wchodzimy.... do zimnej wody fot. D.Szymborska


Od dobrych kilku lat oglądam zdjęcia, czytam posty, śledzę zgrupowania. W tym roku podjęłam decyzję – ja też chcę…zostać morsem, a bardziej morsicą.

Powiedzieć, napisać łatwiej, wejść do zimnej wody trudniej. Niemniej mogę mówić już o dwóch „kąpielach”. To jest świetne przygotowanie do prawdziwego sezonu.

Morsuję, a bardziej przygotowuję się do morsowania raz w tygodniu z ekipą, która ma już kilkuletnie doświadczenie. Wysłuchuję opowieść, kto jak się trząsł, kto nie mógł ubrać butów, albo zapomniał zdjąć mokrych kąpielówek, bo tak szybko się ubierał. Z pewnością jest wesoło.

W grupie, oprócz tego, że jest wesoło, to jest też bezpieczniej. 

Tak, wiem przy temperaturze wody 8 stopni niektórzy jeszcze pływają – to w kwestii komentarzy, które czytam na FP, ale ja nie pływam i dla mnie wejście do wody jest wciąż dużym „halo”.

Prowadzący zrobili listę potrzebnych rzeczy, dużo ich nie ma, a takie zakupy pozwolą morsować sprawniej i przyjemniej. Do tego z racji cotygodniowych kąpieli, taki sprzęt będzie służył przez lata.

Zanim o niezbędniku, napiszę dlaczego warto zacząć morsować. Lekarz – Van Tulleken skutecznie zaleczył symptomy depresji u swojej pacjentki, opisane to zostało w British Medical Journal. Jego badania nad wpływem zimnej wody na poprawę stanu psychicznego są wciąż prowadzone, wiadomo, że jednostkowe przypadki nie stanowią dowodu naukowego, jednak zdaniem również innych badaczy, przystosowanie umysłu do zimnych kąpieli przyczynia się do poprawy nastroju i wiary w swoją siłę do przetrwania w nie zawsze przyjaznym środowisku. (na podstawie art w The Guardian)

Tyle teorii, praktyka dla mnie jest taka – po morsowaniu czuje się lepiej, wierzę w to, że jestem w stanie dużo więcej zrobić, jednocześnie wiem, że kolejnym razem też nie będzie łatwo wejść do wody, że ciało będzie się bronić, a stres związany z zimnem będzie bolesny. 

Niezbędnik początkującego morsa i morsicy jest następujący:

24 października 2018

Jesienny burger – z burakami, cebulą i serem kozim

Pyszny kotlet z super dodatkami! fot. D.Szymborska


Są kolory jesieni i jej dania. Ten burger jest właśni takim sezonowym daniem. Cebula – jest, buraki – są, do tego sezonowana wołowina i odrobina jagnięciny. To wszystko podane z winnym chutney z cebuli. Idealne danie na deszczową (i nie) jesień.

Dodatek jagnięciny bardzo zmienia smak mięsa, czyni go bogatszym, a jednocześnie dzięki temu, że jest go stosunkowo niedużo to czyni kotlet ciekawszym a nie zbyt intensywnym. Nie przepadam za burgerami z mięsa tylko jagnięcego, są dla mnie wyraziste.

Smażenie cebuli z winem i brązowym cukrem, owszem jest pracochłonne, ale taki „dżem” jest wprost wymarzonym dodatkiem do mięsa, świetnie pasuje do buraków.

Przygotowanie zajmuje więcej niż w przypadku „zwykłych” burgerów, bo używamy innych składników, ale warto zarezerwować sobie te 30 minut na przygotowanie cebuli. Z burakami to jest tak, że albo kupimy gotowe, ugotowane na parze, albo sami upieczemy (i wystudzimy).

Składniki (1 burger):

22 października 2018

Sushi bowl, a bardziej pudełko niż miska

Pysznie i elegancko! fot. D.Szymborska


Moje maki są pyszne, moje „hendrolsy” smakują wyśmienicie, niestety ani jedne (krojone), ani te w dużych kawałkach nie prezentują się filmowo. Mówią, broni się smakiem. Pewno, ale jak ładnie wygląda to jest zdecydowanie przyjemniej.

Dlatego tak bardzo mi się podoba pomysł z dekonstrukcją maków – sushi bowl – to miska (u mnie pudełko) ze składnikami maków, tylko w wersji ładnie ułożonej a nie zwiniętej w glony. Zaletą sushi bowl jest to, że nori nie zrobią się rozmiękłe a dobieranie składników i jedzenie pałeczkami takich pyszności sprawia ogromną frajdę!

Najważniejszy jest ryż, bo jak niesmaczny to co do niego dodawać. Postępuje zgodnie z instrukcją na opakowaniu, jedynie w kwestii sosu, gdy się śpieszę (a tak jest w tygodniu) to używam gotowego sosu do ryżu – dzięki temu wiem, że proporcje cukru nie będą zachwiane!

Dodatki to szaleństwo, albo też sprzątanie lodówki, wszystko zależy od momentu w którym wchodzimy do kuchni.

Tutaj to była wersja zaplanowana, nie jako forma uboczna, bo powstały rolki (te co nie wyglądają a smakują) i takie pyszne pudełko do zjedzenia „później”.

19 października 2018

Smoothie bowl – marchwiowo imbirowa z chia

Wygląda na to, że smoothie bowl są tak fotogeniczne jak to wygląda na INSTA,
nie trzeba post produkcji te kolory są naturalne!!! fot. D.Szymborska


Moda? Może i tak, ale jaka zdrowa. Zdjęć nie trzeba dodatkowo kolorować! Smoothie bowl to koktajl w misce z dodatkami. Cóż za okrutny opis, ale tak jest w rzeczywistości! Taki koktajl wygodniej zjeść łyżką, bo ma tyle dodatków, że picie go ze szklanki nie byłoby praktyczne.

To miska pyszności powstała na podstawie przepisu szefa Macieja Siąkowskiego. Ten 26 letni kucharz, kiedyś sous chef w Senses, teraz wolny strzelec lubi ciekawe połączenia smaków. Ta marchewkowość tego dania jest wyjątkowa! Składników dużo, to z czego najłatwiej byłoby mi zrezygnować do chia, bo wciąż do nasionek szałwii hiszpańskiej się zbyt nie przekonałam, choć w tym połączeniu nie są one dominujące.

Składniki (2 porcje, użyci świeżego soku marchewkowego wymusza małą ilość, bo gotowe danie nie może stać więcej niż 12godzin w lodówce, po co marnować i wyrzucać jedzenie, jak można zrobić mniejszą porcje):

17 października 2018

Zapiekanka z tortellini, brokułami i serami

Kolorowe pudełka z zapiekanką - dobrze smakuje też na zimno! fot. D.Szymborska


Zapiekanki makaronowe to te dania, które są świetne na kolację i na drugi dzień do pudełka. Przygotowuje się je stosunkowo szybko, od razu dużą porcję. Zdecydowanie wolę je jeść na ciepło, ale na zimno też dają radę.

Do pudełek trafiło bio tortllini (pewno, że lepiej byłoby ulepić samemu, ale nie wszystko jest wykonalne, gdy mamy tylko 24 godziny), brokuły (też bio) gotowane na parze i dwa różne sery – jeden to czeski jadel a drugi to brytyjski cheddar.

Zapiekana z tych banalnie prostych w przygotowaniu a bardzo efektownych w smaku. Zróbcie koniecznie, nadaje się też do podgrzewania na patelni. Wystarczy odrobina tłuszczu i przykrywka i zapiekanka będzie smacznie odgrzana. Co do mikrofalówki to się nie wypowiadam od wielu lat nie mam w domu, czasem używałam w pracy, ale większość jedzenia traciła a nie zyskiwała przy podgrzewaniu więc tematu nie poruszam.

Składniki (4 porcje):

15 października 2018

„Panie przodem” bistro w Lublinie

Dobry lunch! fot. D.Szymborska


Przerwa między debatami, po jednej w której występowałam przed drugą, której koniecznie chciałam posłuchać. Głodna! Nie znam Lublina zbyt dobrze, do tego w Centrum Spotkania Kultur nie ma zasięgu, nie wspominając o Internecie czy WIFI.

Czyli jestem zdana na to co w budynku. Bistro „Panie przodem” – wpadam (przodem) przed kolegami i pytam co na szybko można zjeść. Pani mówi, że prawie wszystko z karty bo teraz nie ma czekających zamówień. Świetnie!

Karta z tych super pretensjonalnych, co to menu napisane jest składem dania przedzielanym ukośnikiem. Wybieram: Kopytka/ jajko sous vide/ cukinia/ filet z kurczaka/ szpinak/oliwa rzepakowa.

Dostaje wielki talerz w a środku danie z kwiatkami. Zjadałam wszystko z wyjątkiem dekoracji florystycznej bo wyglądem bardziej przypominała chryzantemki sprzedawane przed cmentarzem niż kwiaty jadalne.

Uwaga danie, było naprawdę smaczne, kurczak fajnie podsmażony, szpinak w liściach, a potyka delikatne i bardzo dobre.

Dlaczego, tak się dziwię? Z reguły przy centrach konferencyjnych trudno o zjadliwy lunch, albo stołówka albo dziwne dania. Tu w Bistro, pomimo tego śmiesznego menu jedzenie jest świeże, smaczne i podawane szybko od zmówienia, co też ma znaczenie.


Za jakość się płaci, tanio nie jest ale za to dobrze. Doczytałam, że Bistro istnieje od 2016, czyli amatorów smacznego jedzenia nie brakuje, a dzięki takim miejscom nie burczy w brzuchu w czasie debaty!

12 października 2018

Pera – degustacja win i próbne menu Nestora Grojewskiego

Ach te detale, w tym miejscu wszystko jest przemyślane, od "firmowych" kieliszków,
po ręcznie malowaną turecką ceramikę fot. D.Szymborska


Może nie na Titanicu, ale dla DiCaprio gotował Szef Nestor Grojewski. Teraz szaleje w dwóch kuchniach, równolegle. Zamysł restauracji Pera, to połączenie smaków: Azji i Włoch. Dwie kuchnie, dwie ekipy jedna tajsko druga włoskojęzyczna.

Restauracja jeszcze nie jest na dobre otwarta, to znaczy można zjeść już tutaj kolacje, ale nie odbyło się jeszcze huczne otwarcie, które nastąpi niedługo.

Szef wciąż dopracowuje menu, to które jadłam było wyjątkową wersją – degustacyjne połączenie jedzenia z winami.

Co ważne, wina z Riojy –  z winnicy Valdemar są już w karcie. Część jest dostępna na kieliszki, Gran Reserva na butelki.

To był szalony wieczór – 6 dań i 7 win!

Foodpairing to wyzwanie zarówno dla somelierów jak kucharzy – trzeba zbudować spójną wizję smaków. 

Razem z Szefem Grojewskim pracował Roberto Alonso w Bodegi Valdemar – efektem było ciekawe połączenie potraw i win – najbardziej zmieniał się smak surowego tuńczyka.

Nie wiem, które z tych dań trafią do końcowego menu, jeżeli miałabym wybierać to, które było najlepsze to postawiłabym na zapiekany bakłażan. W połączeniu z Conde Valdmar Finca Alto Cantabria 2016 zgotuje nam ucztę!

11 października 2018

Gulas zamiast angula – baskijska sałatka z jajkami przepiórczymi i niby węgorzykami

Kolorowa i pyszna sałatka fot. D.Szymborska


Gdy mieszkałam w Kraju Basków, mówiliśmy na to robaki. Jedliśmy z makaronem, czasem wyjadaliśmy z puszki….

Angula to malutkie węgorzyki, narybek taki – produkt bardzo drogi i ciężki do kupienia. Od jakiś 20 lat można kupić produkt o nazwie gula albo gulas czyli sztuczne węgorzyki. To znaczy, nie plastikowe ale zrobione z białka rybnego na podobieństwo malutkich węgorzy. Gulas nigdy nie jest przeźroczysty (jak żywy narybek), swoim kształtem i kolorem przypomina usmażony narybek. 

Gulas jest bardzo popularny w Kraju Basków, dodaje się go do sałatek, czasem nawet jajecznicy. Idealnie smakuje łączony z czosnkiem i oliwą.

Gulas można kupić zarówno w puszkach jak i foliowych opakowaniach, te drugie wymagają przechowywania w lodówce. To trochę podobny produkt do paluszków rybnych – może różnić się składem, ilością „chemii”, ale smak podobny. Nazwa gulas to również nazwa producenta, który przekonuje, że żeby wyprodukować kilogram sztucznych węgorzyków używa aż 5 kilogramów ryb (pozostanę lekko nieufna takim deklaracjom, bo skład na puszcze firmowej nie przedstawiał się aż tak imponująco i zdrowo!).

Co ciekawe nawet sztuczne węgorze z racji wysokiej zawartości białka są polecane osobom, które chce schudnąć. Podobno zawierają dużo zdrowego mięsa z białych ryb, i co też pozostaje ważne nie kosztują, tak jak prawdziwy narybek węgorzy (1000-1200E za kilogram).

Baskijska przyjaciółka, jak byliśmy w societad (TUTAJ) podała pyszną sałatkę, ponieważ przywieźliśmy gulas w puszkach to teraz zajadamy się takimi pysznościami.

Składniki (dla 4 osób):

10 października 2018

Rosół – przepis Macieja Nowickiego

Oj nie jest to szybki przepis, łatwy też nie biorąc pod uwagę lepienie....


Ostatni dobry rosół, który ugotowałam to był ten czarny na pieczonych kościach cielęcych, reszta była owszem idealną bazą do rissoto czy innego gotowania, ale smakiem nie powała.

Dlatego ucieszyłam się bardzo z przepisu zaproponowanego przez Szefa Macieja Nowickiego z Wilanowa. I nie ma w przepisie błędu, podobno w dawnej Polsce używano limonek! Co do pielmieni, to cóż ciężko się to lepi, ale z drugiej strony to super sposób by wykorzystać mięso z gotowanej zupy – czyli nic się nie marnuje.

To kolejny przez z warsztatów, zorganizowanych przez producenta Kurczaka Zagrodowego. Uwaga to propozycja, która nadaje się na długi i spokojny weekend, można też podzielić gotowanie na dwa dni…bo jest i piecznie, studzenie, lepienie pielmieni…

Składniki (12 porcji):

9 października 2018

Kurczak po staropolsku – z dynią, kminem i kolendrą

Oczywiście ładny talerz ułatwia wyserwowanie eleganckiego dania....


Lubię gotowanie z Szefem Maciejem Nowickim – jest dużo zabawy, śmiechu a w tak zwanym międzyczasie powstają pyszne dania. Tym razem warsztaty kulinarne były poświęcone gotowaniu mięsa z kurczaka. 

Podobało mi się bardzo, bo dobrze zrobione mięso z kurczaka przypada do gustu wielu osobom, Szef Maciej zaproponował nieoczywiste przepisy (jakżeby inaczej), dania były zaskakujące w smaku, co ciekawe odwoływały się do polskiej historii kulinarnej.

W wesołym blogerkim towarzystwie przygotowaliśmy między innymi kurczaka z dynią. Niby zwyczajne danie ale dzięki uzupełnieniu o kiszonki i sposobie podania, nagle ze zwykłego filetu z piersi kurczaka udało się nam wyczarować wręcz restauracyjne danie.

Gotowaliśmy w jednym z moich ulubionych miejsc w Villi Intracie, w Wilanowie. Trzeba jeszcze zaznaczyć, że używaliśmy mięsa o dobrej jakości, z marką Kurczaka Zagrodowego spotkałam się ponownie. Wiadomo, że jak używa się dobrych produktów to o efekty w kuchni łatwiej, tak było i tym razem.

Przepis szybki, prosty, jedynie wyzwaniem jest dodatek kiszonek, które trzeba przygotować nawet na dwa tygodnie wcześniej.

Niestety z powodu braków sprzętowych przepis będzie trudny do odtworzenia w moje kuchni…

8 października 2018

Zawody x2 – I Ursynowski Bieg Bez Windy i Biegnij Warszawo

Schodowe i asfaltowe zawody, drewniany i metalowy medal - miłe wspomnienia fot. D.Szymborska

Obecnie mam błogie roztrenowanie. Jedyne czym się zajmuję to dbanie o to, by przy braku mocnych treningów nie jeść dużo! Nie chcę zaczynać z nadwyżką kilogramową!

Niedziela była szalona. Na pierwsze zawody się zapisałam, dlatego, że były czymś zupełnie nowym, na drugie, bo jak do tej pory wystartowałam we wszystkich edycjach. 

Tak się złożyło, że obydwie imprezy biegowe odbywały się tego samego dnia. Tak, jak z godziną startu biegu masowego na kilka (a może kilkanaście) tysięcy ludzi, nie mogłam nic zrobić, tak w przypadku biegania po schodach, gdy zawodnicy startują w odstępach 15 sekundowych, mogłam poprosić o jak najwcześniejszy start.

W Pierwszym Ursynowskim Biegu Bez Windy przydzielono mi numer „2”, miałam wystartować zaraz po mistrzu świata – Piotrku Łobodzińskim. Odebrałam pakiet, zrobiłam solidną rozgrzewkę po parku i byłam gotowa do…wbiegnięcia na 15 piętro. Tak, tak UBBW odbywał się w zwykłym bloku mieszkalnym. Wbiegaliśmy na ostatnie piętro, potem zjeżdżaliśmy windą, która zatrzymywała się na „zwykłych” piętrach – pan z dalmatyńczykiem się nie zmieścił, ale pan ze śmieciami z niższego piętra i owszem. Miał taką minę jakby nas, co tu nie mówić spoconych biegaczy w ogóle w windzie nie było.

Do biegu podchodziłam jak do ciekawostki, ale cofnięcie mnie ze startu, czekanie na swoją kolej przez kilka minut, z powodu braku łączności, cóż to nie był poziom profesjonalizmu, do którego przyzwyczaiło mnie Entre. Wiem, problemy techniczne się zdarzają, ale nikt ze startujących ich nie lubi. Trudno, mam nadzieję, że będzie kolejna edycja bo zabawa była super, nawet z falstartem i czekaniem. 

Potem szybko do domu, prysznic i drugi set ubrań biegowych. Bieganie towarzyskie ma to do siebie, że odpada stres przedstartowy, nie me nerwów. Jest bardzo przyjemnie. Bieg z koleżankami oznacza dobrą zabawę, plotki i dużo śmiechu.

Wygląda na to, że BW  to jeden z bardziej niebezpiecznych biegów w Warszawie. Tłumy na starcie, pędzą do flagi z pierwszym kilometrem i nagle przechodzą do marszu, od piątego dużo osób maszeruje (ale nie mam na myśli tych z Maszeruje Kibicuje). Podają picie w połowie, ludzie „walczą” na trasie. To nie tak powinno być. Nie można lekceważyć biegu na 10 kilometrów. Slogan mówiący o tym, że zdrowie jest najważniejsze jest jak najbardziej prawdziwy. Do zawodów trzeba się przygotować, mdlejąca dziewczyna na 5 kilometrze, sygnały karetek na trasie –przerażająca nieodpowiedzialność ludzi.

5 października 2018

Bento, pudełko albo lunchbox – książka i nie tylko

Super książka kucharska i moje różne pudełka fot. D.Szymborska


Znajoma wydała super książkę o tym co warto zapakować do pudełka, które weźmiemy do pracy czy szkoły.

„Pudełkuję” od dawna. Z kilku powodów, najważniejszym jest to, że wiem, że jedzenie, które sama sobie ugotuję mi nie zaszkodzi. Tego niestety nie można powiedzieć o jedzeniu stołówkowym, lub tanich i szybkich lunchach na mieście. Czasem bywa nawet smacznie, ale potem ja i mój żołądek cierpimy.

Zdecydowanie wolę opcję, gdy mogę podgrzać to co do pudełka zapakowałam, jak się nie da i o tym się wie, to pudełkuję to co będzie dobrze smakowało na zimno.

Malwina w książce „Lunchbox na każdy dzień, przepisy inspirowane japońskim bento” proponuje przepisy łatwe, proste i super estetyczne. Z tą estetyką bento to jest tak, że owszem jak się wszystko ślicznie poukłada, zapakuje do pudełeczka to jest pięknie. Potem plecak, torba i jakoś jedzenie traci na wyglądzie. Trudno. Dobrym rozwiązaniem, które czasem stosuję jest pakowanie bento pudełek go specjalnego woreczka i noszenie wszystkiego w poziomie, dzięki temu jest i smacznie i pięknie! Tylko trzeba mieć wolną rękę by z czymś takim się poruszać.

Myślę, że domowe pudełka są świetną alternatywą dla tych cateringowych. Kiedyś testowałam kilka różnych firm, które przywożą jedzenie – była zabawa z rozpakowania, tony niepotrzebnego plastiku i w większości średnie jedzenie.

Bento Malwiny to specjalnie przygotowane pudełka, obmyślane kompozycje, moja wersja jest bardziej przyziemna – to pakowanie dodatkowych porcji z kolacji, które stają się obiadem dnia następnego. Taki sposób świetnie się sprawdza, bo nie trzeba poświęcać dodatkowego czasu na przygotowanie obiadu na wynos. Od więcej sosu i makaronu, albo sałatki…

Tutaj przepis na makaron ryżowy z indykiem i marchewką – przepis inspirowany tym, który zaproponowałam Malwina. Piszę inspirowany bo było sporo zmian, ale pomysł z tym, żeby użyć mięsa mielonego zamiast kawałków jest GENIALNY – dzięki temu od wejścia do kuchni do wydania obiadu (4 porcje) mija 25 maks 30 minut! A jest super smacznie!

Jeżeli chodzi o pudełka to mam dwa sety – jeden to moje różowe z przegródkami i drugie to francuskie pudełka inspirowane japońskim designem. Te drugie nic a nic nie przeciekają! Jedzenie nie zostawia na nich śladu. Jedyną wadą tych pudełek jest to, że robią wrażenie niezniszczalnych i nie ma najmniejszego powodu by kupować kolejne.

Tutaj przepis na bento obiad, który świetnie też smakuje na zimno:

3 października 2018

Szanghaj – 7 dni jedzenia (i zwiedzania)

Pocztówkowe zdjęcie tej "lepszej" strony rzeki, z mną był Bund czyli dzielnica małych domków i sklepów "wszystko za 10 yuanów" fot. D.Szymborska


Przed wyjazdem przeczytałam dwie książki z reportażami, dwa przewodniki (Lonely Planet), porozmawiałam z tymi co już w Szanghaju byli i poszperałam w sieci w kwestii miejsc wartych odwiedzenia. 

Jechałam z nastawieniem zwiedzania i próbowania nowych smaków. Troszkę też liczyłam, że przywiozę sobie nowe rzeczy – no wiadomo, Chiny – nowości, taniości.

Słuchałam o dokupowaniu walizek, żeby pomieścić się ze wszystkim co się kupiło. Cóż, mnie to zupełnie nie dotyczyło – pamiątki da najbliższych (pałeczki, figurki – sztuk kilka), dla siebie: 3 bransoletki, pałeczki i szalik. Taki mój minimalizm w wersji chińskiej.

Przez siedem dni jadłam w większości chińskie jedzenie, wyjątek stanowiły dwa wieczory – koktajl w gwiazdkowej restauracji (i kilku innych w Three on The Bund) i  kolacja w hali targów. W tych dwóch wypadkach było to jedzenie europejskie. 

Uwaga, uwaga najbardziej smakowały z całego wyjazdu smakowały mi żeberka w sosie z granatów właśnie (Jean Georges – 4F – ma jedną gwiazdkę Michelin, a od czasu otwarcia czyli od 2004 dostaje cały czas nagrody i jest w 100 najlepszych azjatyckich restauracji), zachwyciłam też się węgorzem i pierożkami w Crystal Jade – to sieć chińskich restauracji wyróżniania zarówno gwiazdką jak i za jakość obsługi. W Crystal Jade La mian Xiao Long Bao byłam kilkukrotnie – wiem, że w Szanghaju są tysiące restauracji ale ta miała nie tylko bardzo dobre jedzenie ale też łatwy sposób zamawiania. Jadłam też w chińskiej stołówce i chińskim hotelu, nie sięgnęłam po jedzenie na ulicy. Ktoś powie, nie poznałaś prawdziwych chińskich smaków – może, ale po rozmowach z chińskimi znajomymi nie chciałam jeść w miejscach, które nie mają oznaczeń związanych z kontrolą czystości. Nasłuchałam się o sposobach oczyszczania oleju, które są delikatnie mówiąc bardzo kontrowersyjne i mogą się odbić na zdrowiu.

Jedynie w przypadku połowy pieczonej głowy kaczki nie wiedziałam co z tego powinnam zjeść, WIFI nie było, google działa tylko z VPNem, to zostawiłam łeb na półmisku. Potem doczytałam, że powinnam go obgryźć z chrupiącej skórki. Trudno przepadło.

2 października 2018

Przyjaciół się nie zjada…

Żółw w szanghajskim akwarium fot. D.Szymborska


Jedne pływały sobie w dużych akwariach. Odwiedzający szanghajskie akwarium radośnie walili rękami w szyby, po to by zwierzęta się ruszyły, podpłynęły, odpłynęły, żeby zdjęcie było lepsze. 

Drugi pływał sobie w supermarkecie i czekał na wyłowienie, zabicie i zjedzenie.

Tak, żółwie je się na co dzień i od święta w Chinach.

Przez wiele lat mieszkała z nami żółwica, była nam na tyle bliska, że jak przeprowadzaliśmy się do Londynu to ona z nami (było dużo zamieszania żeby jej dokumenty podróży wyrobić), dlatego takie duże wrażenie zrobił na mnie żółw w dziale ryby i owoce morza szanghajskiego supermarketu.

Nigdy nie zamówiłam homara, który pływa w akwarium w restauracji, nigdy nie było ryby w wannie na święta, nie ugotowałabym też na żywca raków. Wreszcie po tym jak na warsztatach dowiedziałam się jak zabija się ślimaki, to ich też nie jem. A jeszcze na liście jest królik, bo kiedyś przez tydzień opiekowałam się jednym. Nie tknę też koniny ani psiny.

Ktoś powie nowe smaki, inna kultura –pewnie, ale zawsze mój wybór. 

30 września 2018

Obiad pierwszej klasy w samolocie, czyli o "upgrejdzie do fersta"

Startujemy z przystawkami, w tle szampan fot. D.Szymborska


Nie wdając się w szczegóły, podróż powrotna z Szanghaju była inna niż planowałam. Tak jak pierwszy etap do Dubaju był z tych stresujących tak drugi był miłym zaskoczeniem.

Ten moment, gdy jest się na tyle zmęczonym, że nawet się nie wykłóca, że zmiana miejsc, że nowa karta pokładowa….jak się okazało, kłócenie się o zmianę miejsc w samolocie byłoby dużo głupotą. 

Zmiana była, owszem do najwyższej klasy – czyli do pierwszej. W całym olbrzymim samolocie jest w niej tylko osiem miejsc, ups słowo miejsc nie pasuje to kajutki, zwane „suite”, ja miałam tę przy oknie, a właściwie przy trzech oknach.

Ponieważ blog jest o jedzeniu, sporcie i winie, to pominę podróżowanie a skupie się na tym, jaki obiad można zjeść w samolocie i jakiego wina się napić, bo tym razem to nie było „cziken-fisz” tylko smaczny posiłek. Brakowało tylko towarzystwa, bo co coś za coś – prywatność, możliwość rozłożenia łóżka, indywidualny barek, nawiew, lusterko, kwiatek….zamykane drzwi i towarzystwo chmur za oknem… Suity na środku mają chowane ścianki więc można jeść w towarzystwie….


Wybór w menu spory, niektóre danie oznaczone jako te ultra zdrowe przygotowywane bez soli i tłuszczy – odpadły od razu. Oczy mi się zaświeciły jak zobaczyłam dorsza – wiadomo, że zamówię.

26 września 2018

Jurker a może Dżurker – na biegowej ścieżce – nowa książka Scotta Jurka

Coś dla miłośników gór i biegania...


Pewno, że jest o bieganiu, ale ta książka też jest o miłości. Taka na jeden zimniejszy i dłuższy wieczór – to już niedługo. Czyli idealny prezent na Gwiazdkę, albo jak ktoś marznie to do przeczytania już teraz!

To opowieść o bieganiu, takim ekstremalnym, górskim pełnym kontuzji, dziwnych zdarzeń ale też wielu ludzi, którzy są wielkimi entuzjastami sportu.

Jak dla mnie mogłaby być o połowę krótsza bo opowieść trochę się ciągnie, to pewnie dlatego, że Scott biegnie przez 3540 kilometrów. To nie literówka – przez wiele dni, po górach z wsparciem technicznym swojej żony i przyjaciół.

Przeczytałam i pomyślałam, że każdy ma swoje pasmo gór, które kusi, czeka. Jak to można się spodziewać po Jurku, wybierze coś spektakularnego – Szlak Appalachów, ale my możemy pobiec z Gubałówki na Butorowy, potem na Czerwone Wierchy, albo tak jak chłopaki gonić na lekko po Tatrach Wysokich. Każdy znajdzie coś dla siebie, trzeba tylko biegać i chcieć!

Że urlopu nie ma, że kasy brak, że żona krzywo patrzy, że dzieci wymagają opieki, że pies obgryzie meble – często jesteśmy mistrzami w tworzeniu wymówek. Jurek pokazuje, że można inaczej – bywa trudno, ale co cel to cel.

24 września 2018

Zhongqiu Jie – czyli festiwal księżycowych ciastek w Szanghaju [FOTO RELACJA]


Jedna z uliczek w Szanghaju fot. D.Szymborska



Kolejny dzień w Szanghaju -  święto środka jesieni, dzień ustawowo wolny od pracy. 

Pewno mniej bym się nim przejmowała, gdyby nie to, że ciężko było rano znaleźć coś otwartego, by zjeść śniadanie. 

O jedzeniu też będzie, bo drogie i nie zawsze dobre, ale najpierw o tym bardzo sympatycznym święcie. Bo koniec zbiorów, zwyczajowo powinno się spędzić z rodziną i zjeść specjalne księżycowe ciastko – wszystko udało mi się zrobić! 

Kolacja w restauracji polecanej przez przewodnik z grubym ludzikiem – megasmacznie, ciasteczko z nasionkami lotosu, tutaj napiszę, że to egzotyczny smak, który nie każdemu przypada do gustu...

Większość sprzedawanych ciasteczek pakowana jest w folię, wraz z pochłaniaczami wilgoci może przetrwać lata, są też stoiska ze świeżo pieczonymi, które zamiast formowania w specjalnym drewnianym naczyniu mają tylko pieczątki. Nadzienie niezmienne – nasiona lotosu. O święcie przypominają komunikaty z radiowęzłów. 

Porto – sierpniowy koszmar turystyczny

Kadrowanie do góry pozwala zrobić zdjęcie bez turystów! fot. D.Szymborska


Nie byłam wcześniej w Portugalii. Jakkolwiek to śmiesznie brzmi, jak się mówi po hiszpańsku to się do Hiszpanii jeździ, nie?

Pierwszy raz w te wakacje wybraliśmy się do Porto. Lektura przewodnika – że mosty, dorsze, porto w Porto. Ani słowa, że korki, tłumy, tłumy i jeszcze raz tłumy. A jeszcze jedno jak lubicie swoje auto i do tego jest większe od Smarta, to odwiedźcie Porto innym środkiem komunikacji!