17 stycznia 2019

5 małych kroczków do bycia ekologicznym

Swoja torba na duże zakupy i bawełniane woreczki na owoce i warzywa fot. D.Szymborska


Nie napiszę o kompostowniku (nie zanosi się, żebym taki miała), praniu w łupinach orzechów (lubię pachnące proszki) ale pochwalę się kilkoma sposobami na bardziej ekologiczne życie. Takimi, które są wykonalne, proste i wcale nie zajmują dużo czasu.

Torby wielorazowe (materiałowe) – mam całą kolekcję, łącznie z takim zestawem 5 torebek na owoce, warzywa i wszystko co wcześniej bym włożyła do reklamówki. Jedyne worki plastikowe jakich używam, to te na śmieci, choć mają oznaczenie, o szybszej biodegradowalności. W aucie mam kilka toreb, plus w torebkach z którymi potencjalnie mogę pójść na zakupy.

Szklane butelki – uff z winem to byłam ekologiczna od dawana, natomiast w kwestii soków i wody mineralnej dopiero zaczynam! Denerwujące jest to, że ceny wody w szklanych butelkach są kilkukrotnie wyższe, bywają promocje – wtedy kupuję więcej. Myje słoiki i segreguje szkło. 

Niemarnowanie jedzenia – przemyślane zakupy – lista! Gotowanie małych porcji, kompozycje z „resztek”, pakowanie jedzenia do pudełek. 

Ograniczenie jedzenia mięsa – ryby i dużo warzyw – energii wystarcza do ćwiczeń. Jeżeli chodzi o mięso to kupuję takie bio/eko – znaczy się dużo droższe i pojawia się dużo rzadziej na talerzach.

Opakowania – swój kubek termiczny (odpada kupowanie kawy czy herbaty „na mieście”), pudełka (bentobox) wielorazowe, woda w bidonie na siłowni, kupowanie mydła w opakowaniach miękkich, by przelać je do butelek w łazience.

Sprawdźcie – takie 5 kroków można wykona zupełnie „bezboleśnie”. 

Potem przyjdzie kolej na kolejne, ale o te 5 jestem już do przodu!

14 stycznia 2019

Kup dziecku słuchawki, albo załatw nianię!

Naprawdę jest w czym wybierać.....fot. D.Szymborska


Pomyślałam, prześpię się z tym. Myślałam, że przejdzie, ale nie. Wściekłość na chamstwo i głupotę nie mija.

Sytuacja: restauracja (trzeba zrobić rezerwacje, bo tylko kilka stolików, raczej drogo, Warszawa), przychodzimy punktualnie stolik czeka. Siadamy i coś jest nie tak. Coś jest BARDZO nie tak. Z głośników słychać muzykę, taką niezobowiązującą skomponowaną do restauracyjnych sal, która ma być tłem do rozmów przy stolikach. Słychać też: ujadanie, wrzaski, dźwięki uderzania i skrzeczące głosy. Przy stoliku obok siedzi dziecko, które na komórce bardzo głośno ogląda bajki. Prosimy miła panią kelnerkę o zwrócenie uwagi, że taki wieczór kreskówek przeszkadza innym. Pani prosi o ściszenie, ojciec dziecka mówi donośnym głosem, że nie zamierza ściszać i do malucha – możesz oglądać jeszcze głośniej. 

Nie mam pretensji do kilkulatka, chce się czymś zająć, nie bawią go steki, nie chce jeść podrobów – wszystko w porządku, ale rodzice?! 

Niestety oglądanie bajek w miejscach publicznych – metro, tramwaj, poczekalnia u lekarza i restauracje staje się coraz częste. Wszystko bez słuchawek.

Głośno, głośniej, najgłośniej. Zagłuszyć wszystko, zająć dziecko, przekrzykiwać się obok malucha.

10 stycznia 2019

MOD – czyli kolejne ramenowe rozczarowanie [EDIT]

Chłodne wnętrze nabiera innego znaczenia, gdy jest tam zimno....fot. D.Szymborska


Jest takich kilka miejsc w Warszawie do których wracam, nie żebym się na nie gniewała czy coś, po prostu szukam innych, potencjalnie lepszych i potem wracam tam gdzie było smacznie i przyjemnie. Eksperymentuje, znając bezpieczną bazę do powrotu. W przypadku warszawskich remenów to testuję, testuję ale zawsze wiem, że jest Arigator Ramen Shop, ze swoimi dziwnymi godzinami otwarcia i Uki Uki, ze swoją nie najlepiej działającą wentylacją. W tych dwóch miejscach dostane genialne zupy, a niedogodności nie są aż takie wielkie! No może z wyjątkiem weekendowej kolejki do Arigatora – na mrozie stać to mi się nie chciało….ugotowaliśmy coś w domu….

MOD – miejsce wychwalane przez wielu, po części za słodycze po części za niebanalną, oryginalną, ciekawą i jeszcze kilkanaście innych przymiotników kuchnie. To działa tak od 10 do 12 są tylko pączki, od 12 rameny a od 17 działa kuchnia restauracji.

8 stycznia 2019

Kotleciki serowo warzywne z kolendrą

W końcu! Kolteciki z warzyw z bulionu! fot. D.Szymborska


Było kilka nieudanych podejść do kotlecików warzywnych. No dobra więcej niż kilka. Wykorzystanie warzyw z bulionu okazało się nie takie proste, kotleciki, niezależnie od kształtu się rozwalały w czasie smażenia, lub nawet udawało się je usmażyć (po schłodzeniu masy) ale były średnio smaczne. Eksperymenty trwały. Nigdy nie gotowałam specjalnie warzyw z myślą, a zrobię kotleciki, tylko jak zostawały to kombinowałam co by tu. Efekty były mniej niż jadalne.

Aż do czasu, gdy….użyłam warzyw (tylko pietruszki i selera) wymieszanych z tartym żółtym serem i dodałam pęczek kolendry!

Schłodzona masa pozwoliła uformować kotleciki, które łatwo można było usmażyć. Z dwóch pietruszek i jednego selera (patrz wczorajsza zupa) – w myśl – nie marnuje jedzenia – uzyskałam 6 kotlecików.

2 zapakowałam do pudełka i tyle te przetrwały bo 4 udało mi się upuścić na podłogę i się zupełnie rozwaliły. Bywa. 

Składniki (6 kotlecików):

7 stycznia 2019

Japoński bulion warzywny – rozgrzewająca zupa

Aromatycznie i rozgrzewająco - wegetariańsko również! fot. D.Szymborska


Wygląda jak sos pieczeniowy a nie ma krzty mięsa. Bulion ugotowany na pieczonych warzywach do tego dodatek pasty hatcho miso i makaronu takiego jak w ramienie (świeżego). Efekt rozgrzewająca zupa! 

Przyda się w taki dzień jak dziś, gdzie rano termometr pokazywał minus dziewięć.

Przepis z tych prostych, z racji nieumiejętności przygotowania pasy hatcho miso, używam gotowej, japońskiej i bio. Podobie z makaronem – świeży, ale też kupny.

Sam wywar z pieczonych warzyw jest przepyszny, po dodaniu pasty i ugotowanego wcześniej makaronu mamy pożywny posiłek, który świetnie rozgrzewa. Japończycy są przekonani do prozdrowotnych walorów pasty miso. 

Całość dania wegetariańska (jajko w makaronie, dlatego nie wegańska wersja).

Uwaga proponuję ugotować więcej wywaru, potem przelać do mniejszego garnka i tam dodać wcześniej rozrobioną w kubeczku wywaru pastę. Dzięki temu z jednego wywaru będziemy mogli przygotować kilka różnych zup. Z bulionem warzywnym to jest tak samo jak z rosołem i później pomidorową…

Składniki  - bulion warzywny:

4 stycznia 2019

Postanowienia noworoczne, czyli tłum na siłowni i basenie

O zdrowe jedzenie dbam dalej, tutaj sałatka z agulasem, jajkami przepiórczymi, bio pomidorami i ziemniakami i sałatami fot. D.Szymborska


Zgrzytałam zębami na zajęciach ze spinningu. Normalnie było nas 6 czasem 7 osób, w środę jeździło 19! Na basenie we czwartek było 12 osób na torze, od szóstej rano oblegane były nawet jacuzzi! Też narzekałam.

Pan w basenowej kasie powiedział, że jeszcze maks dwa tygodnie i wszystko wróci do normy. Pani w siłowniowej recepcji twierdzi, że od lutego nie będzie problemu z dostępnością górnych szafek w szatni (dużo wygodniejsze i obecnie oblegane!).

To bardzo smutne wiadomości. Owszem źle mi się pływało, ciężej jeździło. Co do pływania to można wypracować bezpieczne i wygodne pływanie nawet w tak dużej grupie na jednym torze, jeżeli chodzi o spinning to przecież można dostawić dwa wentylatory i wszystkim będzie się dobrze jeździło.

Piszę to wszystko dlatego, że z przyjemnością się lepiej zorganizuje, podzielę miejscem. Wszystko jest do zrobienia. Ważne jest, żeby postanowienia noworoczne wytrzymały więcej niż dwa tygodnie (do miesiąca – zdaniem pani z siłowniowej recepcji)!

2 stycznia 2019

(Prawie) 10K w wąwozie Guayadeque (Gran Canaria)

W ruinach domu, wśród kwitnących migdałowców fot. T.


Ciężko wymówić nazwę wąwozu, łatwiej wpisać w nawigację! Jedzie się do końca, ślepa wąwozowa uliczka, potem nic tylko maszerować na spacer albo biec na wycieczkę.

Wybraliśmy trasę do Caldera a Los Marteles – 4.5km w jedną stronę. Szlak żółty. Choć słowo szlak, tutaj w rozumieniu bardzo hiszpańskim, czyli jest ścieżka, na której w kilku zdaniem wyznaczającego newralgicznych punktach postawiono słupek z żółtą kreską, ewentualnie w przypadku rozwidlenia i rozdzielenia na kolejną trasę, jest drogowskaz o tym informujący.

Nie warto narzekać, lepiej zapamiętywać drogę, co pewien czas oglądać się za siebie, tak żeby widzieć trasę z dwóch perspektyw – takie obrazy przydadzą się jak będziemy wracać.

Zupełny brak turystów na szlaku, przez 3 godziny spotkaliśmy tatę (triathlonistę, sądząc po t-shircie) z synem, gdy zbiegali naszym szlakiem. Niestety w drodze do Los Marteles nie ma żadnych źródełek, z których słynie wąwóz, to na końcu przypomina ujęcie wody i jest ogrodzone.

Los Marteles to krater wygasłego wulkanu, ale nie można się nastawiać na marsjański krajobraz, to polanka o innym kolorze, nie byliśmy pewni, czy doszliśmy do końca szlaku, czy jeszcze coś będzie dalej. Schroniska, schronu czy tabliczki brak.

30 grudnia 2018

Taberna Mar Azul [FOTO]

Świetne langustynki i super ryż! fot. D.Szymborska


Zapach portu, glonów i RYB. Uwielbiam. W marinie ciąg restauracji, menu po angielsku, niemiecku, szwedzku. To samo. Frytki, półmisek tapas, chleb czosnkowy i ryby w panierce. Tłumy turystów. Widok piękny, jedzenie nie najwyższej jakości (delikatnie mówiąc). Za widok na piękne łodzie się płaci. Gwarno wieczorem, zdjęcia na insta i filmiki dla znajomych. Sangrie w dzbankach.

Wystarczy przejść dwie przecznice w stronę lądu, by znaleźć się w miejscu, gdzie ryby są świeże i tak jak w smażalni płaci się za kilogram, przed przyrządzeniem. Menu całkiem długie i tylko rybne. Tłum przybywający falami, turyści – ci co doczytali w Internecie i lokalsi. Obsługa miła, a stopień wprawy, filetującej rybę przy stoliku pani kelnerki bardzo wysoki!

Dwa razy było pysznie, dziś będzie trzeci (dokleję zdjęcia, później). We wsi (Puerto de Mogan) tutaj karmią najlepiej, jeżeli oczywiście lubi się owoce morza i ryby. Przy wejściu do restauracji jest lodówka z rybami i homarami – wybieramy i czekamy. To nie jest miejsce do którego się wpadnie, by coś zjeść. Trzeba poczekać. Warto. Przystawki wyśmienite, a główne danie – ryba lub paella świetne.

Wędzony, kanaryjski ser podawany z miodem, papryczki, ziemniaki, ośmiornica, najprostsza sałata. Wino domowe (białe) więcej niż dobre. Dawno nie jadłam tak dobrego turbota! Pealla z owocami morza, świetna, choć ryż na dole mało skarmelizowany.

Co ważne tawerna otwarta jest od 11 do 23 – bez przerw, co na tej kanaryjskiej wsi stanowi wyjątek. Otwarte też w niedzielę! Warto robić rezerwacje, bo ciężko o miejsca, choć obsługa zajmuje stolikami i krzesłami pół chodnika (albo więcej).

Dobre, proste, wakacyjne jedzenie. Tak dobre, że chce się tam wracać…

27 grudnia 2018

Casa Brito – czyli genialne jedzenie na kanaryjskiej wsi [FOTO]

Ot wieś, przy drodze takie znaczki a w środku grill, piec i świetni kucharze! fot. D.Szymborska


Przez rok wspominaliśmy El Horno (wpis TUTAJ), dlatego szukaliśmy podobnego miejsca, tutaj na Gran Canarii. Znaleźliśmy.

Po pierwsze – konieczna jest rezerwacja stolika (możliwa tylko w tygodniu), tam jest taki ruch, że nawet w porze obiadowej czeka się na stolik.

Po drugie – menu hiszpańskie jest inne od tego po angielsku – największą różnicę stanowi wybór wołowiny, jak łatwo się domyślić w wersji hiszpańskiej jest dużo ciekawiej!

Po trzecie – parking duży i darmowy, bo Arucas to malutkie miasteczko, albo duża wieś – jak kto woli.

Po czwarte – wielbiciele ryb, do których się zaliczam też tutaj coś dla siebie znajdą.

Po piąte – przystawki są naprawdę spore, dlatego wystarczą dwie na trzy osoby.

24 grudnia 2018

Wigilia 2018

Ubranko jak na indyka! Wesołych Świąt! fot. D.Szymbroska


Moje Drogie Czytelniczki i Moi Drodzy Czytelnicy,

Wszystkim, którzy obchodzą Święta, życzę wszystkiego co najwspanialsze. Tym, którzy ich nie obchodzą życzę dobrego, spokojnego czasu. 

Wszystkim nam przyda się chwila dla siebie. 

Niezależnie od tego, czy będziecie przejedzeni, czy wściekli, że sklepy zamknięte, zawsze można iść pobiegać, dwu dniowa przerwa w otwarciu basenu krzywdy nam nie zrobi. Trenażer można odkurzyć, serial oglądnąć albo ubrać się cieplej i zdobywać kilometry w ramach wyzwania Raphy...

Jednym słowem nikt się nudzić nie będzie!


Do spisania/zobaczenia/trenowania
Dota

19 grudnia 2018

Jadłodzielnia – czyli sposób na pomaganie

Tak to wygląda na Mokotowie fot. D.Szymborska


Kiedyś chciałam się nauczyć przygotowywać dobry kuskus, tak, tak wiem, że „wszystkim” wychodzi, zawsze. Mi niestety nie. Kupiłam kilka opakowań (różne firmy, różne kuskusy), po którejś nieudanej próbie zrezygnowałam z kolejnych podejść, do tego banalnego (według większości) dania. 

Dostałam syrop z agawy, data ważności do 2020. Tylko ja tego do niczego nie używam. Potem zajrzałam jeszcze do szafek i okazało się, że zalegają w nich rzeczy, z których raczej nic w najbliższym czasie nie ugotuję. Nie namaczam ciecierzycy, kupuję taką w puszkach….

Wszystko starannie spakowałam do torby i przy okazji kupowania kanapki u Argentyńczyków (wkrótce napiszę nowy post, bo zmieniłam zupełnie zdanie w kwestii tego bistro), zawiozłam produkty do Jadłodzielni. 

Idea jest prosta – masz coś czego nie zjesz, podziel się tym! 

W małym pomieszczeniu jest lodówka i półki na produkty. Jak weszłam z rzeczami to siedziały tam dwie panie, które powiedziały, że wzięły chleb, ale mogą się ze mną podzielić jak ja potrzebuję. Zaproponowały to same bez pytania. Powiedziałam, że nie potrzebuję, że przyniosłam trochę rzeczy. Ogromnie się ucieszyły. Ustawiłam wszystko na półkach, nie przedłużając pożegnałam się i wyszłam. 

Gdy wracałam z kanapką w torbie, już nikogo w Jadłodzielni nie było. Została ciecierzyca, jak widać nie każdy ma ochotę na humus…

Pomaganie jest naprawdę proste.

18 grudnia 2018

Miska szczęścia – łatwe przepisy Laury

Proste, smaczne, sezonowe - nic tylko zajadać fot. D.Szymborska



Znam się od lat, czasem rozmawiamy o autach, dużo częściej o gotowaniu. Książka „Miska szczęścia” to ciekawy przewodnik po lekkich śniadaniach, obiadach i podwieczorkach.

Laura przygotowała kilkadziesiąt bardzo prostych przepisów, podzieliła je sprytnie ze względu na pory roku. Na samym początku znajdziecie wskazówki zakupowe – coś bardzo przydatnego, jeżeli zależy nam na zmniejszeniu ilości marnowanego jedzenia.

Dużo owsianek! Przepisy zawierają ryby (głównie śledzie) i jajka, mięsnych pomysłów nie znajdziecie.

Podoba mi się pomysł podawania wszystkiego w tym samym naczyniu – misce. Tytułowa miska, jest śliczna, uniwersalna i pozwala najeść się dwóm osobom.

To książka dla osób zaczynających gotowanie, przepisy są proste, dla tych, którzy już dużo czasu spędzili w kuchni – oczywiste. Jednak każdy z nas zaczynał kiedyś…. Myślę, że dla tych co teraz nerwowo szukają prezentu dla nastolatków, studentów, singli – czyli wszystkich tych, którzy są głodni, ale jeszcze nie umieją dobrze gotować, to przepisy będą świetnym przewodnikiem po smakach. Dla mięsożerców dania gorące, nie śniadaniowe, mogą posłużyć jako świetne przystawki – ot wystarczy usmażyć rybę czy kurczaka – to będzie na talerzu, a do tego dodać to co Laura proponuje – w misce.

Cieszę się, że mogłam zerknąć na przepisy, zreflektować się, że ostatnio jakoś za mało w moich miskach jest kasz, płatków. Przydałoby się też sięgnąć po zimowe, warzywa korzenne.

Wreszcie, jeżeli znudziły się Wam kanapki na śniadanie, to wielość owsianek, misek owocowych jest wielka – znajdziecie sporo inspiracji!

Miska szczęścia, lokalnie zdrowo sezonowo, Laura Osęka, Wydawnictwo Publicat, Pozanń 2018


12 grudnia 2018

Domowe pesto (bez czosnku) - obiad i pudełka

Idealne danie pudełkowe! Super smakuje na zimno a jeszcze lepiej na ciepło. fot. D.Szymborska



Duża porcja dobrego obiadu ma same zalety, największą jest to, że można zapakować część do pudełka. Dwa dni pod rząd dobre jedzenie? Czemu nie, jak jest pyszne, to nikomu się nie nudzi!

Domowe pesto, oznacza zero dodatków, ale też krótki termin przydatności. Na szczęście jest tak pyszne, że nigdy jeszcze go nie wyrzuciłam z lodówki – szybko znika!

Przygotowanie takiego obiadu i pudełek zajmuje 35-40 minut. Czyli danie, które można przygotować w tygodniu!

Jedynym niezbędnym sprzętem jest blender.

Składniki (4 porcje):

7 grudnia 2018

Spinning jak wybrać trening i instruktora - poradnik

Jest rower jest zabawa!


Pogoda coraz mniej sprzyja jeżdżeniu na szosie, trenażer i seriale to też jest rozwiązanie, jednak warto też zastanowić się nad spinningiem. Nie mam tutaj na myśli łowienia ryb, ale jazdę z grupą i instruktorem na specjalnych rowerach stacjonarnych.

Dlaczego warto wybrać się na trening spinn bike?

Po pierwsze, o motywację w grupie łatwiej. Niektórzy zrobią świetny trening na rolkach czy trenażerze w salonie czy piwnicy, inni zajmą się tak oglądanie serialu, że prawie nie będą kręcić nogami. Po drugie, urozmaicenie – w czasie zajęć zawsze coś się dzieje, są zadania, głośna muzyka. Po trzecie – dobry instruktor planuje treningi, są takie specjalne pod triathlonistów i „normalne”. Te pierwsze budują wytrzymałość przez zimę, te drugie również dają dużo frajdy. Po czwarte, przychodząc na zajęcia możemy łatwo zrobić „zakładkę” czyli połączyć dwa treningi: rowerowy z biegowym.

Przekonani?

Super, to jeszcze trzeba znaleźć dobrego instruktora albo instruktorkę i nic tylko jeździć.

W tym sezonie, przez dwa miesiące byłam u 5 różnych instruktorów, aż trafiłam do takiej osoby, której ufam, wiem, że planuje treningi, dba o uczestników.

Tutaj lista sygnałów, które oznaczają, że z tym instruktorem lepiej nie jeździć treningów:

  • Przychodzisz pierwszy raz, i instruktor odpowiada cześć i na tym kończy się rozmowa – nie zapyta, czy kiedyś jeździłaś, czy wiesz jak dostosować rower
  • Instruktor nie mówi na czym będzie polegał trening, ze śmiechem mówi, że sam nie wie co dziś pojechać, potem radośnie stwierdza to jedziemy interwały i na tym kończy omawianie treningu
  • Instruktorka jest tak zajęta jechaniem swojego treningu, że zupełnie nie zwraca uwagi na to jak jedzie grupa, którą prowadzi
  • Instruktorka schodzi z roweru po to by „dokręcać” obciążenie uczestnikom treningu, bo to ona wie jak kto powinien jechać
  • Rozgrzewka jest śladowa a o instruktażu jak się rozciągać na koniec można zapomnieć.

6 grudnia 2018

Jabłka w cynamonowym cieście z żurawiną i sosem waniliowym

Przepyszne racuszki w cieście piwnym z cudownym sosem waniliowym fot. D.Szymborska


Przystawka – była, a nawet dwie, zupa i główne też. To teraz ostatni Świąteczny przepis – tym razem deser.

Sos waniliowy jest tak smaczny, że bez dokładki się nie obejdzie, racuszki są genialne również. Dlatego kilkanaście porcji w rzeczywistości będzie oznaczało osiem plus dokładki! Żeby nie było, że nie ostrzegałam!

Kaloryczność – wysoki poziom, smak – również.
A teraz dobra wiadomość to jest prosty przepis! Ciasto piwne wykonalne, sos banalny, najtrudniej to znaleźć dobre jabłka!

Tym słodkim akcentem kończę przepisy świąteczne.

Przepis wymyśliła Agata Wojda, a wina dobierała Ania Gmurczyk, a ja nie tylko uczestniczyłam w warsztatach ale i z radością zjadałam taką kolację.

Co do win, to dla tego starego Rieslinga to warto żyć…

Składniki (na 8-10 porcji):

5 grudnia 2018

Świąteczny karp z musem chrzanowym i pęczkiem w palonym maśle

Karp, pęczak i super mus chrzanowy fot. D.Szymborska

Tadam! Trzeci przedświąteczny przepis na blogu! W ramach zapowiedzi – będzie jeszcze  odlotowy deser.

Warsztaty z Instytutu Wina Niemieckiego to super okazja do gotowania, nauki i foodpairingu.

Co do karpia – tak wiem, świat jest podzielony – albo się lubi albo nie. W tej wersji karp smakuje karpiem ale dodatki pomagają (bardzo).

Dobra kasza jest świetnym uzupełnieniem, tak jak mus chrzanowy, który dodaje wyrazu.

Jak łatwo się domyślić, autorką przepisu jest Szef Agata Wojda. A co się z tym wiąże, przepis będzie długi, momentami skomplikowany, za to efekt WOW murowany na koniec!

Składniki: (na 12- 15 porcji):

4 grudnia 2018

Krem grzybowy z chipsami pora i piernikiem – alternatywna zupa wigilijna

Chipsy z pora i posypka z pierknika - genialne dodatki fot. D.Szymborska


Jak pewnie zauważyliście, na blogu nie ma przepisów z grzybami innymi niż: pieczarki, boczniaki, shitake….a to z tego powodu, że mój żołądek się zwyczajnie buntuje na ciężkostrawne grzyby leśne.

Dwie łyżki to mogę zjeść, więcej nie… dlatego bardzo ucieszyłam się z przepisu Agaty Wojdy, który gotowaliśmy na warsztatach.

Zupa jest bardzo aromatyczna, chipsy z porów świetne a posypka z piernika doskonała!

To przepis na wielki garnek, na 12 do 15 osób, bo trzeba się liczyć z opcją dolewki, jest tak smacznie.

Składniki:

3 grudnia 2018

Bruschetta z mięsną teryną i chutneyem gruszkowo-dyniowym

Szałowe danie dla miłośników pasztetów fot. D.Szymborska


Powiem tak, to takie danie, które na wszystkich zrobi ogromne wrażenie. Pomysłodawczynią tego dania jest Szef Agata Wojda, a jak się to przygotować to uczyłam się na warsztatach przygotowanych przez Niemiecki Instytut Wina.

Jak to bywa z przepisami Agaty, jest dość skomplikowany i składa się w wielu etapów, ale za to pasztet i takie grzanki nie dość, że prezentują się świetnie to jeszcze smakują wybornie.

Na świąteczny obiad? Z pewnością się sprawdzi!

Ponieważ nas było całkiem sporo na warsztatach i byliśmy głodni to tutaj przepis na 20 porcji!

Składniki:

30 listopada 2018

Śledź w burakach z niemiecką sałatką ziemniaczaną

Pyszne danie, dla miłośników śledzia lub w opcji bez ryby, dla tych co go nie przełkną (tak jak ja) fot. D.Szymborska


Uwielbiam gotować z szefami kuchni, którzy są twórczy, profesjonalni i umieją uczyć. Niektórzy serwują genialne dania, ale nie są dobrymi nauczycielami, zdarzają się tacy, których potrawy są zwyczajne, ale potrafią wszystkiego nauczyć…. Na szczęście są i tacy, którzy świetnie gotują i uczą!

Agata Wojda to jedna z moich ulubionych szefowych kuchni. Jest cierpliwa, ale też wymagająca! Gotowanie z nią zawsze jest smaczną przygodą!

Na warsztatach zorganizowanych przez Niemiecki Instytut Wina udało się nam połączyć świetne wina z super daniami.

Jeszcze przed przepisem, uwaga – jeżeli, ktoś tak jak ja nie cierpi śledzi, to…. sałatka ziemniaczana, buraki i śliwki bez śledzia smakują również wybornie!

Uwaga przygotowywanie jest bardzo czasochłonne, za to mojej grupie udało się wydać 24 pyszne porcje!

Przepis jest dla 6-8 osób (duże porcje).

28 listopada 2018

Chef Panda – pierożki (i nie tylko) na Mordorze

Moja ulubiona zupa, świetne pierożki i wielka porcja kimchi fot. D.Szymborska


Przeczytałam, że pysznie, popędziłam i się rozczarowałam. Trudno się mówi, pewnie ktoś ma inne gusty kulinarne niż ja. Jednak pierożki za mną chodziły, Parnik na Ursynowie już się przejadł, menu znane na pamięć, coraz rzadziej świeże, a tak to mrożone. Nie narzekałam, nic innego pod domem nie było, a tutaj zawsze można zaparkować i jest poprawnie smacznie.

Niesmaczna była ślicznie wyglądająca zupa z wołowiną. To chyba miało być wzorowane ramenem, bo jajko było półpłynne ale wywar nie miał smaku, a mięso było niedobre. 

Nie chciałam pisać o czymś co niedobre, takie posty są nudne, każdy się kiedyś gdzieś naciął, a potem tak narzekać w Internecie. Bez sensu.

Wolę czytać o smacznych miejscach, dlatego recenzja Chef Panda czekała, czekała ale po zjedzeniu tam cztero (jak liczyć na wynos to sześciokrotnie) świetnych pierożków, to….polecam to miejsce.

Pierożki na parze są przepyszne! Można je zamówić w dwóch wersjach – w parniku i w parniku i potem jeszcze podsmażane. Te drugie są dużo cięższe, ale też pyszne.

Dziś byłam z osobą mówiącą po chińsku i okazało się, że jest jeszcze drugie menu – jeszcze nie przetłumaczone. Dziś miałam wielką ochotę na zupę i pierożki więc nie skorzystałam z tej dodatkowej listy, ale następnym razem to poszaleję! A co!

Chef Panda to świetne miejsce! 

24 listopada 2018

Dietetyczny obiad – łosoś z warzywami – tylko 30 minut

Pysznie i dietetycznie! Da się! fot. D.Szymborska


Zatrucie pokarmowe, brr nic fajnego, przydarzyć może się każdemu kto stołuje się „na mieście”. 

Lekarz daje skierowania na badania i zaleca dietę lekkostrawną. 

Pierwsza myśl – pierożki na parze, druga – ups przecież, to miało być domowe gotowanie.

Łosoś pieczony w folii do tego gotowany groszek z marchewką. Proście i szybciej się nie da! 30 minut i obiad podany! Co ważne jest zdrowo i jest smacznie. 

To było takie smaczne, że nawet przy wszystkich zdrowych żołądkach zamierzamy to danie powtarzać!

Dla wszystkich, którzy albo potrzebują czegoś dietetycznego, albo zwyczajnie szukają pomysłu na szybki i dobry obiad, który nie będzie ociekał tłuszczem i zaległ w brzuchu!

Składniki (4 porcje):

23 listopada 2018

Indoor Triathlon – warto startować

Śliczna pamiątka i miłe wspomnienie szalonego wieczoru na basenie i siłowni! fot. D.Szymborska


Phi dystans niepasujący do treningów, brak oporów powietrza na rowerze i jeszcze ta mechaniczna bieżnia, nie wspominając o nawrotach na basenie…

Pewnie, tak. 

Jednak – basen – nawroty mogą albo spowolnić albo bardzo nam pomóc – w zależności jak je wykonujemy. Płyniemy bez pianek, woda ozonowana… ja nie narzekam.

Rowerek – pewno nie wieje z boku, może wiać z buzie jakby chłopaki przyniosły wentylator, za to waty są bezwzględne. Nie ma opcji, że z górki…jak tylko poprawnie wprowadzimy dane, to jedziemy „naprawdę”. Z tymi danymi to trzeba uważać, bo jako facet ważący 75 kilo nie osiągałam zbyt dobrych rezultatów – tutaj nie warto się śpieszyć, bo co wprowadzimy do komputera, tak pojedziemy.

Bieżnia mechaniczna – nie ma opcji ścinania zakrętów! O! Dla mnie jest to najtrudniejszy etap, a to się zagapię w telewizor, a to zamyślę….

19 listopada 2018

Węgierski kociołek z pietruszkowymi galuszkami

Rozgrzewające, pyszne, węgierskie danie fot. D.Szymborska


Pierwszy śnieg, pierwsze węgierskie danie tej jesieni. Smalec, kminek, dużo papryki to wszystko mocno doprawione zielem angielskim, podane z rozpływającą się wołowiną i ziemniakami – rozgrzewające, węgierskie danie w moim talerzu. Pietruszkowe galuszki do tego i kuchnia węgierska rządzi w zimne, deszczowe albo śniegowe dni.

Wiosną, latem książka kucharska z Węgier może stać w drugim rzędzie na półce, ale gdy tylko robi się chłodniej to po nią sięgamy. Nagle potrawy mięsne, tłuste, ale też wyraziście doprawione stają się bardzo potrzebne i pożądane. Właściwości rozgrzewająca są bardzo przez nas doceniane.

Zaletą takich jednogarnkowych dań jest to, że przygotowuje się duży kociołek, brytfankę i potem jest jedzenie na dwa dni, a część można nawet zamrozić.

Przepis, z niezawodnej książki z kuchnią węgierską – Przewodnik kulinarny Pascal- Węgry, dodatek białego, wytrawnego wina – konieczny!

Przepis na 8 porcji:

14 listopada 2018

Fenomen ramenu?

Dobre, ale słone... fot. D.Szymborska


Co ma w sobie ta zupa, że myślę o niej czulej niż o esencjonalnym rosole? Dlaczego są ramen bary a nie ma rosół barów? Wreszcie kilkadziesiąt złotych za miskę z zupą, czy to ma sens?

Myślę, że ramen w Arigator Ramen Shop ma dużo soli i (może) sody, bo bardzo chce się po nim pić. Myślę o nim bo wygląda egzotycznie i pięknie, smakuje ciekawie. Ramen bary są modne, ale jakby był rosołowy to też bym do niego chodziła, bo taki np. rosół na palonych kościach z domowymi kluseczkami….to przecież taki, nasz wschodni odpowiednik ramenu… a z wydatkami, cóż za dobre jedzenie się płaci i na dobrym jedzeniu robi się biznes, co nie zmienia faktu, że 32PLN to sporo jak na zupę w barze.

Dla fenomen polega na tym, że okazuje się iż więcej ludzi lubi zupy, że istnie restauracji czy baru gdzie królują parujące miski ma sens biznesowy. Cieszę się z tego! Sceptycy przypominają, że nasze, warszawskie rameny to jakaś dziwna odmiana tych w Japonii, możliwe, dobrze, że w większości jest to smaczna odmiana.  Największa różnica chyba polega na tym, że (według literatury) rameny na Wyspie Kwitnącej Wiśni podawane są na szybko, w barach, które my nazywalibyśmy mlecznymi. Oh, to byłby dla nie raj, gdyby nasze mleczne serowały ramenowe miski! Jaki kraj taki mleczny….

11 listopada 2018

Miesiąc morsowania za mną...

Morsowanie w Jurmali, druga od prawej to ja, pierwsza (bliższy plan) to mewa. Morze było bardzo płytkie, żeby się zanurzyć trzeba było iść naprawdę daleko...fot. J.

4 soboty. Każda inna. 

Pierwsza – nie wiedziałam czego się spodziewać. Nie miałam pojęcia jak zareaguje moje ciało i moja głowa. 

Druga – już spodziewałam się, ciarek i mróweczek na skórze. 

Trzecia – znów coś innego bo tym razem wchodzę do Bałtyku. 

Czwarta – chcę wydłużać czas, możliwe jest przesuwanie swoich granic!

Na pierwszym morsowym spotkaniu Wiktor, mors z kilkuletnim stażem powiedział do mnie, uważaj to wciąga, jak zaczynałem to chciałem morsować codziennie. Słuchałam tego jako ciekawostki w czasie rozgrzewki. Że co, chcieć wchodzić do TAKIEJ wody codziennie? 

Teraz wiem, że nie mówił prawdy, morsowanie uzależnia. Myślę, że dzieje się tak z kilku powodów.  Wchodzenie do zimnej wody podnosi poczucie własnej wartości. Jeżeli jestem w stanie wejść do jeziora, morza to wiem, że jestem osobą odważną, nie boję się wyzwań. Nie mówię, że się tej zimnej wody, nagle przestałam bać. Co to, to nie. Mam do niej wielki szacunek, zrozumiałam to o czym czytałam – wychłodzenie tych co wpadają do morza, „człowiek za burtą” – to coś jeszcze bardziej strasznego. Po drugie, poprawa humoru. To dzieje się naprawdę, człowiek nastoi się w tej lodowatej wodzie, potem się wytrze na brzegu i uśmiechać się nie można przestać. Po trzecie – woda w basenach, w których pływam przestała być zimna. Serio, wcześniej narzekałam, że taka zimna, teraz temat zniknął.