23 maja 2017

Diabeł tkwi w sałatce!

Sałata z serem w panierce, tuńczykiem i oliwkami fot. D.Szymborska


Dziś zjadłam tylko sałatkę!

Dieta, ach dieta na samych sałatach jadę, a nie chudnę…

Sałatka to się nie liczy, bo prawie kalorii nie ma.

Liście i trochę dodatków, to przecież nie może mieć kalorii…

Tutaj powinna zacząć mrugać czerwona lampka! Sałatki mogą ale nie muszą być daniami dietetycznymi. Do tego są bardzo zdradliwe. Wystarczy kilka dodatków, a sałatka z niskokalorycznej stanie się źródłem kilkuset kilokalorii!

Oto lista „dodatków”, które zamieniają sałatki w bomby kaloryczne, jeżeli zależy nam na niskokalorycznej diecie to unikajmy następujących składników:

22 maja 2017

Jak się wysypiać? Profesjonalne rady dla zabieganych/zapływanych/zajeżdżonych sportowców

Tekst jak najbardziej potrzebny w poniedziałek, bo kto się wyspał? fot. D.Szymborska


Myślę, że ludzi można podzielić na tych, którzy kupują i czytają poradniki i na tych, którzy tylko je kupują. Ja zaliczam się do tych co kupują czytają i jeszcze do tego często próbują się zastosować do rad w nich zawartych.

Minimalizm wciąż jest „grany”, zdecydowanie za wolno idzie mi z porządkami ale i tak widać ich efekty, a powiedzenie nie mam w co się ubrać wydaje mi się być całkiem realne jak dalej będę się tak pozbywać ciuchów (nie dotyczy to sportowych)!

Ostatnio źle śpię. To znaczy jak już sprawdziłam nie jest tak strasznie jak mi się wydawało. Ale po kolei. Nick Littlehales napisał książkę – Śpij dobrze. Ja właśnie ją przeczytałam i zamierzam wprowadzić kilka zmian związanych z moim snem.

Po pierwsze polecam internetowy test, nie jakąś pseudo psychologiczną zabawę ale kwestionariusz przygotowany przez naukowców z Uniwersytetu w Monachium (TUTAJ), to zajmuje chwilę, jest po angielsku i dostaje się mailem PDF ze swoimi wynikami. Moim zdaniem warto sprawdzić nie tylko czy śpimy wystarczającą ilość godzin, ale co chyba jeszcze ważniejsze jakim typem jesteśmy – skowronek czy sowa.

Z książki Littlehales’a dowiedziałam się, że magiczne 8h snu nie jest wyznacznikiem wysypiania się, czy też zapewnienia wystarczającej dawki snu.

Spodobała mi się idea dzielenia okresów snu na cykle po 90 minut, wreszcie od dawana jestem fanką drzemek w czasie dnia!

Rady dla tych co uprawiają sport i chcą być wyspani:

20 maja 2017

Puchar Maratonu Warszawskiego, czyli solidne przygotowanie do królewskiego dystansu

Zagadałam się z przyjaciółką przed startem i mam selfie tylko z mety...


Przez tyle lat biegania maratonów nie udało mi się jeszcze nigdy przebiec całego cyklu, a to zapomniałam o pierwszym biegu, a to wyjechałam na wakacje, a to przypętała się kontuzja. W tym roku, ominęłam pierwszy, wystartowałam w drugim, w trzecim nie pobiegnę bo jest w przeddzień triathlonowego startu, mierzę jeszcze w dwa ostatnie.

Puchar Maratonu to świetne przygotowanie do wrześniowego startu, zamysł organizatorów jest prosty – zwiększanie dystansu, tak by jesienią w maratonie wypaść dobrze, ale świetnie zadebiutować.

Biegi odbywają się na dystansie: 5, 10, 15, 20 i 25 kilometrów. W poprzednich sezonach biegłam te najdłuższe – idealne na wybieganie. Cykl zawodów jest świetnym mobilizatorem do treningów a ostatnie dwa długie dystanse wielu osobom służą za wybieganie, taki mocniejszy trening.

To co mi się podoba w tych zawodach to, to, że niezależnie od podejścia do startu – ściganie, towarzyski bieg, wybieganie treningowe biegacze są zadowoleni i na linii startu i mety.

19 maja 2017

Siła jest w nas, czyli babskie uprawianie sportu

Moja deska, która złamałam była z jasnego drewna, ja byłam ubrana w spodenki i t-shirt ale podobnie jak pani z Playmobil byłam mega zruszona
i dumna z siebie...fot. D.Szymborska


Złamanie deski pięścią było dla mnie wielkim przeżyciem (w czasie warsztatów Wendo), podobnym było przebiegnięcie przez linię mety pierwszego maratonu, triathlonu czy przejechanie „kreski” w czasie zawodów kolarskich, wreszcie cieszyłam się ogromnie dotykając brzegu basenu na zawodach pływackich. Byłam (a jak sobie to wszystko przypominam, to wciąż jestem) bardzo z siebie dumna. Czułam, że praca, ćwiczenia nie poszły na marne.

Podoba mi się berliński zwyczaj – w poniedziałek pomaratoński ci co dobiegli chodzą z medalami na szyi, niezależnie od tego czy idą do pracy, mają wolne…ot czują się wyjątkowi. Wiadomo, że maraton ma jednego zwycięzcę, ale ci, którzy go ukończyli mają powód do dumy.
 
Nie cierpię hasła – wszyscy jesteśmy zwycięzcami – nie, nie jesteśmy! Zwycięzca czy zwyciężczyni jest jedna, reszta też odnosi sukces w walce ze swoimi słabościami i o to właśnie chodzi w sporcie amatorskim.

Do tego dochodzi jeszcze kwestia wychowania, świadomości. Efekt jest taki, że gdy znajoma jest druga w kategorii wiekowej to mówi: phi, no wiesz, druga byłam, ale tylko w swojej kategorii. Kolejna, która ukończyła zawody triathlonowe: no wiesz fali nie było, trasa kolarska płaska, a bieg to prawie z górki był. Następna, która zwycięża w zawodach pływackich: a mała konkurencja była, no wiesz i to takie lokalne zawody. Wszystkie są podobne do siebie, na ukończenie czy zajęcie miejsca dziewczyny pracowały bardzo ciężko, ale umniejszają swoje osiągnięcia.

Gdy rozmawiam z kolegami to słyszę, że maraton biegli na 3.15 a że wiało okrutnie to na mecie zjawili się dwie godziny później. Wysłuchuję uwag dotyczących organizacji zawodów, które pozwalają zrozumieć zły czas na mecie. Wszyscy są winni, tylko nie ich braki w treningach, a każdy ich medal ma większą wartość niż złoto z Igrzysk Olimpijskich, nawet jak były to zawody gminne i  każdy na mecie dostawał medal za ukończenie. Ot różne perspektywy.

18 maja 2017

Ogórki małosolne z woreczka foliowego – przepis dla singla

Takie kiszenie na sucho działa! Nie trzeba kupować specjalnego garnka, kamionki ot wystarczy woreczek strunowy!


To był przepis, który czytałam kilka razy, koleżanka opowiadała, że bierze ogórki w woreczku na swoje wyjazdy camperem, przyjeżdża do Chorwacji i ma gotowe małosolne na śniadanie nad morzem. Potem trafiałam na różne informacje o kiszeniu na sucho, jak już chciałam zrobić swoje kiszenie to okazywało się, że sezon na gruntowe ogórki się skończył. Zawsze coś się nie udawało. Za ogórkami małosolnymi przepadam. Kupuję po kilka w sklepiku osiedlowym. Są drogie ale pyszne.

Jak zobaczyłam przepis u koleżanki, która wiem, że potrafi gotować – znamy się z warsztatów to….kupiłam, zrobiłam i właśnie się nimi zajadam! Przepis z bloga Kulinarne Przygody Gatity tylko, ja zrobiłam mniejszą porcje. Z dwóch powodów – kilograma ogórków nie zjemy w dwa dni, jak miało się nie udać to wolałam mniej jedzenia wyrzucać. Na szczęście wszystko zadziałało i dziś na śniadanie były pyszne domowe ogórki małosolne!

W tytule postu jest „dla singla” – bo taką porcję kisiłam, do zjedzenia przez jedną osobę w 2 dni albo dla większej rodziny „na raz”.

Cały proces kiszenia na sucho trwa dwa dni, a przygotowanie wydawało mi się podejrzanie proste, ale jak pokazało dzisiejsze otwarcie woreczka strunowego to jest takie proste i działa!

Składniki:

17 maja 2017

Monte Kazura czyli bieg górski w Warszawie



Żeby nie było, że wymyślam - chorągiewki - są - trasa rowerowa, która zmienia się w biegową również....fot. D.Szymborska



Człowiek z nizin wszędzie gór szuka. A to pojedzie do Falenicy pobiegać 3.3km pętelkę, podjazdy poćwiczy na Agrykoli. Jest kilka miejsc, które nie są płaskie i właśnie tam zaczyna się górska przygoda w Warszawie.

Jakoś nigdy nie było mi po drodze z cyklem zawodów na Monte Kazurce, że w tygodniu, że przed innymi ważnymi imprezami. Jednym słowem nigdy TAM nie biegałam. Górkę kojarzyłam z torem rowerowym i tyle.

Wczoraj sponiewierałam się na trzech pętelkach by wybiegać pięć kilometrów. Dla wszystkich którzy nie mają jeszcze planów na jeden z wtorków czerwcowych, sierpniowych lub wrześniowych garść praktycznych rad i informacji.

1.     Zapisy – już teraz, bo ludziom tak się spodobał tor rowerowy, grill i piwko lokalsów na szczycie górki, czy może kolorowe chorągiewki na trasie, że pakiety rozchodzą się bardzo szybko. Wczoraj ciężko było się zapisać w biurze zawodów, trzeba było czekać do ostatniej chwili – jak ci zapisani i opłaceni nie odbiorą numerów to można było się dopisać.

2.     Pakiet startowy – numer i agrafki, w przypadku zapisania się na cały cykl (przepadło już) koszulka,

3.     Pomiar czasu –ręczny, brak chipów,

4.     Depozyt – bardzo luźno interpretowany – to znaczy można zostawić rzeczy w namiocie, których ktoś może popilnuje, inna sprawa, że zostawiłam nikt nie pilnował i nic nie zginęło,

16 maja 2017

Giro d’Italia – czyli różowa książka o włoskiej historii kolarstwa

Jeździsz na szosie? musisz przeczytać! fot. D.Szymborska


Bałam się, że nie zdążę przed zakończeniem tegorocznego Giro d’Italia, na szczęście jeszcze przez 12 dni można czuć atmosferę wielkiego wyścigu, śledzić poczynania kolarzy, co obecnie dzięki transmisją telewizyjnym, zamieszczanym video w Interncie jest dużo łatwiejsze niż w czasach gdy włoska La Gazzetta dello Sport tworzyła legendarne ściganie!

Colin O’Brien przygotował fascynującą opowieść o włoskim kolarstwie. Od książki ciężko się oderwać, do tego dochodzą urocze anegdotki, a możliwość doczytywania dodatkowych informacji o zapomnianych bohaterach kolarstwa w Internecie okazuje się bardzo czasochłonnym zajęciem.

„Giro d’Italia. Historia najpiękniejszego kolarskiego wyścigu świata” to świetna książka, miliony nazwisk, setki ciekawostek, tysiące kilometrów litry kawy, kilogramy włoskiego jedzenia, ze szczyptą amfetaminy, posypane śniegiem z gór….

Nie opowiadając tego co O’Brien opisał wspomnę tylko, że to różowa gazeta stworzyła ten wyścig. Dowiedziałam się bardzo wiele, o historii kolarstwa, sprzętu, ścigania, o budowaniu opowieści przez gazety – z reguły dwóch bohaterskich kolarzy jest faworyzowanych przez media.

Czytałam o historii faszystowskich Włoch i ich kolarzy, o tym jak radzili (lub nie) sobie z przeszłością, o takich, którzy odnaleźli się po złej i dobrej stronie barykady, byli i tacy, którzy ratowali włoskie, żydowskie rodziny.

Poznałam kobietę, która ukończyłam Giro, na metę wjechała ponad 35 godzin za ostatnim mężczyzną.

Zapamiętałam historie odwiedzania restauracji, jedzenia obiadu w czasie wyścigu, śmiałam się z zawodnika, który jechał po zwycięstwo ale usnął w restauracji po obiedzie. Zgrzytałam zębami dowiadując się o dopingu.

14 maja 2017

Blogerski ogródek czyli grządki w Wilanowie

Sadzę kapustę na grządce blogerskiej w Wilanowie fot. M.


Smaki Wisły szalony projekt łączący jedzenie, przyrodę i historię. Od piątku razem w koleżankami blogerkami, kolegami szefami kuchni mamy swoje pałacowe grządki. Serio. Rzadko kiedy w zaproszeniu na warsztaty czytam – przyjdź w kaloszach, weź spodnie na zmianę…będziemy sadzić rośliny!

Pogoda dopisała i piątkowe przedpołudnie spędziłam w ogrodzie. Pod czujnym okiem Piotrka z Muzeum Pałac w Wilanowie sadziłam sałatę strzępiastą i kapustę. 

Projekt polega na tym, że najpierw posadziliśmy (my to znaczy uczestnicy projektu Smaki Wisły) roślinki, lub posialiśmy nasiona. Ustalane są teraz zasady na jakich będziemy doglądać naszych muzealnych rabatek, do tego czasu to pracownicy Muzeum, którzy na co dzień zajmują się uprawą roślin będą dbali o ogród. 

Już nie mogę się doczekać jedzenia tego co urośnie – tylu różnych sałat to w jednym miejscu nie widziałam! Mam nadzieję, że się przyjmą, że „Zimna Zośka” nie będzie mroźna. Wiem, że to taka zabawa w ogródek, ale z drugiej strony od kilku lat na balkonie w doniczkach rosną zioła. Więc nawet w mieście da się mieć za swoim oknem ziołowy ogródek.

Uprawa ziół, pomidorów czy innych warzyw może być bardzo przyjemnym zajęciem. Wiadomo, że wszystko zależy od skali – jeżeli mamy na balkonie nawet kilkanaście doniczek to ich  podlanie nie jest wyzwaniem, jeżeli zależy nam na małych koktajlowych pomidorkach, to ich doglądanie zajmie chwilę. Jeżeli mamy wielkie grządki, namiot foliowy to….uprawa warzyw czy ziół zmienia się w prawie przemysłową. 

Dlatego cieszę się z dwóch rzędów (sałaty i kapusty) w blogerskim ogródku, nie mogę się doczekać ziół ze swojego balkonu – ot takie ilości warzyw i ziół, ich uprawnianie to czysta przyjemność, która nie jest obowiązkiem, ba nawet jest przyjemną zabawą.

Za miesiąc kolejne spotkanie projektu Smaki Wisły, ciekawa jestem co zjemy z naszych grządek….

13 maja 2017

IV Zlot Winnej Blogosfery – sprinterska relacja


IV Zlot Winnej Blogosfery - dobieranie jedzenia do wina albo wina do jedzenia....fot. D.Szymborska


Bardzo późne śniadanie – kiedyś trzeba odespać.

Długa, cudowna ale też leniwa wycieczka rowerowa. Taka z postojem na lunch (nie mój wprawdzie, ale siedziałam obok i tak, tak bar Tandem już działa w Ciszyca), na kawę….

I wreszcie na wariackich papierach dobieranie wina do potraw – seminarium w czasie Zlotu Blogosfery winnej.

Uwielbiam wolne dni, za to, że mogę spokojnie zjeść śniadanie, takie, które lubię obecnie najbardziej czyli wersja de lux z dobrego hotelu (jajko sadzone – wybiegana kura je zniosła, grillowany oscypek – równie wybiegana owca dała się wydoić, frankfurterka – nie znam życia świnki, ogórek małosolny, bio pomidor, pasztet wegański i dwa serki jeden z rzodkiewką i koperkiem drugi ze szczypiorkiem….. tak, tak właśnie może wyglądać bezglutenowe śniadanie!

Rower – cóż za cudowna pogoda! Wspomnienie – pierwsze kreski na udach – czyli opalenizna od spodenek i dość czerwona buzia. Widoki piękne, zieleń soczysta – w końcu padało dość długo!

Zlot – na moment, ale warto było. Blogerów winnych przybywa, nie wiem jak z oglądalnością ich blogów, ale im więcej fachowej wiedzy w sieci o winie tym lepiej (o degustacjach pisałam TUTAJ). Tym razem zlot pod patronatem Faktorii Win. Bardzo merytoryczny. Zloty blogerów to okazja do spotkania się, poznania ale bardzo rzadko blogerskie spędy dają możliwość nauczenia się czegoś nowego. IV Zlot Winnej Blogosfery był inny, to mi się podobało! Na imprezowanie zawsze można znaleźć czas, no dobra ja dziś nie znalazłam, bo jak to piszę to blogosfera właśnie imprezuje na winnej kolacji….

12 maja 2017

Degustacje wina – warto czy nie?

Vino Nobile di Montepulciano - degustacja Warszawa 11 maja 2017


Kilka lat temu co miesiąc gdzieś wypluwałam, ba czasem raz na dwa tygodnie. A to Pałac Prymasowski, Ambasada, hotele… z jednej degustacji szłam na drugą. Potem godzinami spisywałam notatki, próbowałam kilkudziesięciu win….

Teraz – dwie, trzy degustacje w ciągu pół roku. Nie, nie odkochałam się w winie, ba rozumiemy się świetnie i na pewno jesteśmy bliskimi znajomymi. Po prostu trzeba dokonywać wyborów, a dzień wciąż ma tyle samo godzin (ja potrzebuję sporo snu….).

Degustacja wina – czyli nie darmowa impreza, gdzie zagryzką są bagietki. Proszę się nie oburzać. Piszący o winach dzielą się na tych, którzy wypluwają i nie. Nie wierzę, że można przy czternastym kieliszku (nawet gdy malutko nalewają) pamiętać jeszcze pierwszy albo robić notatkę z bieżącego!

Może w właśnie dlatego, że wypluwam (teraz nawet też szampany) to jestem taka sceptyczna do wyrastających jak grzyby po deszczu spotkań winnych…. Jeszcze kilka lat temu degustacja była wydarzeniem, takim gdzie wszyscy z szacunku dla winiarzy, trunków i miejsca ubierali się elegancko, potem było dużo rozmów, a nie gonienia od stoiska do stoiska. Teraz gdy pojawia się trzech poszukujących importerów producentów to organizowana jest „degustacja”. A szkoda, bo te wcześniejsze, często tematyczna, albo traktowane jako coroczne spotkania degustacyjne były przemyślanymi wydarzeniami winiarskimi. Czymś na co się czekało. A teraz? Jakbym dobrze poszukała to co tydzień, albo i dwa razy w tygodniu gdzieś pójść i napić się wina za darmo.

Uwielbiam wino nie za to, że ma alkohol tylko za to, jakie historie skrywa. Jest opowieścią o rodzinie, miejscu jest realizacją czyjegoś marzenia. Szanuję pracę winiarzy, nie zachwycam się dyskontowym winem za kilkanaście złotych, nie kieruje się tylko ceną, bo rozumiem, że za 8.99 czy 13.49 nie można, po prostu nie można, dostać wina, które będzie miało „historie”. W tej cenie dostanę alkohol w butelce, dobrze, że z winogron wyprodukowany……

10 maja 2017

5 praktycznych rad jak jeść mniej

Włoska mozzarella, 3 rodzaje pomidorów, bazylia, dobra oliwa i sól himalajska...fot. D.Szymborska


Na szybko, stojąc przy blacie kuchennym, przed telewizorem z opakowani, w aucie czekając na zmianę światła…..to nie jest prawdziwe jedzenie, to pochłanianie. Nie dbając o szczegóły wrzucamy do żołądka cokolwiek. Efekt? Nie tylko jemy byle co ale nawet nie wiemy ile tego pogryźliśmy bo jesteśmy zajęci czymś innym.

Uwielbiam jedzenie, wiele lat temu postanowiłam, że nie będę jadła na stojąco – to nie było zbyt trudne. Nigdy nie zrezygnowałam z jedzenia w samochodzie, ale tylko wtedy jak jadę jako pasażer – podróż oznacza wałówkę, jak tylko wyjeżdżamy z garażu to jestem głodna….

Oto moja lista prostych trików, które pozwalają zjeść mniej:

9 maja 2017

Beef Wellington - przepis Jamie’go

To jest świetny przepis, nie ma co się obawiać - ciasto na dole nie będzie rozmiękłe - Jamie Olivier ma dobre przepisy! fot. D.Szymborska


Jestem pełna podziwu dla kucharzy, którzy serwują pyszną wołowinę w cieście francuskim, imponuje mi, gdy mięso jędrne, ciasto kruche a wszystko świetnie doprawione. Wyższa szkoła kulinarnej jazdy!

Jamie’go Olivier’a uwielbiam za proste pomysły, jasne przepisy i nowatorskie podejście do znanych dań. Wersje Beef Wellingtona z mięsem mielonym i kupnym ciastem francuskim – super elegancki obiad, który jest całkiem prosty do przygotowania! Potrzeba tylko trochę czasu do schłodzenia warzyw przed pieczeniem.

Przepis pochodzi z Ministry of Food, a w Polsce sprawdza się ciasto to Heglein – dwa opakowania po 375g.

A jeszcze dobra wiadomość, wellington smakuje wybornie na zimno, można wtedy kroić go w cieniutkie plastry i podawać jako przystawkę lub zastąpić wędlinę na kromce żytniego chleba…

Składniki:

8 maja 2017

Test dmuchanych bojek pływackich – Safe4Sport

Po lewej różowa PerfectSwimmer+Pink po prawej MasterSwimmer fot. D.Szymborska


Pewno nie tylko ja nie mogę się doczekać ciepłej wody w jeziorze albo morzu, albo będąc mniej wymagającą nielodowatej… Pływanie w jeziorach, morzu to cudowna przygoda, choć teraz modniejszy jest termin "wody otwarte"! WO albo jak kiedyś jeziora, rzeki, zalewy czy morze są niebezpieczne. Nawet najlepszego pływaka może złapać skurcz, może się zakrztusić. Oczywiście sytuacją idealną jest pływanie pod opieką ratownika, ale ile z nas ma możliwość odbyć trening w obecności ratownika na kajaku a drugiego na brzegu? A o bezpieczeństwo trzeba dbać! Kiedyś były tylko plastikowe „pamelki” – mam taką, wisi na wieszaku w przedpokoju, czasem spada, ale jest sprawdzona i ma wygodne uchwyty, czeka na sezon.

Na razie na basenie, pogoda nie sprzyja, a ja z tych co bardzo źle znoszą zimno – test bojek Safe4sport – jedna różowa (tak oczywiście od razu dostaje punkty za kolor, na samym starcie) druga pomarańczowa.

Bojka asekuracyjna PerfectSwimmer+Pink, to bardzo praktyczne rozwiązanie pływackie – poręczna, mała po złożeniu, bardzo dobrze widoczna z daleka. Producent podaje, że ma wyporność około 90N. Bojka jest bardzo prosta w obsłudze – najpierw do głównej komory wkładamy rzeczy, których np. nie chcemy zostawiać na brzegu – kluczyki do auta, portfel ba nawet telefon (sprawdziłam wszystkie przedmioty były suche po zamoczeniu bojki w wodzie), zgodnie z instrukcją zwijamy bojkę, zapinamy i na samym końcu nadmuchujemy. Potem przypinamy bojkę do specjalnej uprzęży, którą zakładamy na siebie – pasek w talii. Potem musimy jeszcze wyregulować długość paska, tak by nie kopać nogami w czasie płynięcia w bojkę i możemy bezpiecznie trenować. Jak wyjdziemy na ląd to spuszczamy powietrze z bojki, rozpinamy i wyjmujemy (suche) rzeczy, które tam przechowywaliśmy.

Drugą bojką tego samego producenta jest bojka MasterSwimmer, ma jeszcze większą wyporność (140N), dodatkowo jest wykonana z grubego materiału odpornego na przerwania, wszystkie szwy są wzmocnione taśmą, jakby tego było mało bojka posiada specjalne uchwytu – gdy osłabniemy w wodzie, złapie nas skurcz to nawet jedną ręką bez problemu chwycimy bojkę. Model MasterSwimmer pozwala zapakować nie tylko dokumenty, klucze czy portfel, zmieszczą się też tam buty biegowe. Piszę o tym dlatego, że cudownym treningiem jest przepłynięcie jeziora, wyjście na brzeg i….ubranie suchych butów biegowych i powrót do punktu startu wzdłuż jeziora czy też po lesie. Do bojki oprócz butów zmieści się mały plecaczek biegowy, do którego zapakujemy MasterSwimmera i wyruszymy na nasz kolejny trening. Oczywiście coś za coś – bojka jest cięższa i zajmuje więcej miejsca – ale i tak w porównaniu z „pamelką” to nie mamy powodów do narzekania – złożona na płasko – zajmuje bardzo mało miejsca w szafie!

7 maja 2017

Velo Toruń 2017 – relacja

Zabłocona ale uśmiechnięta - selfie na mecie!


Od kilku dni śledziłam prognozy pogody. Mogłabym zostać „pogodynką” jeżeli chodzi o Toruń i okolice, aktualizacje po kilka razy dziennie, czasem duże emocje, na przykład wtedy kiedy deszcz był tylko na 30-40%...

4.30 pobudka
7.15 odbiór pakietów
10.20 start
12.29 meta

Tyle w liczbach, 6 w kategorii wiekowej, uśmiechnięta na mecie!

6 maja 2017

Koreańskie zupy – ziemniaczana i shin ramyun – Nongshim

Zupa z torebki? tak ale inaczej! fot. D.Szymborska


Zupki, takie z makaronem do zalania wrzątkiem to brałam pod namiot. Smakowały albo nie, ale dawały energię do chodzenia po górach.

W supermarkecie omijam półki z gotowym jedzeniem. A tutaj dostałam w prezencie zestaw koreańskich zupek. To jak już są, takie oryginalne to czemu ich nie zjeść? Najważniejsze są dodatki! A to jajko ugotowane na półtwardo, boczek grillowany, pieczona kaczka, ser gruyere, mrożony groszek…..

Shin Ramyun od Nongshim w wersji „gourmet spicy” jest bardzo ostra! To specjalna edycja na trzydziestolecie firmy, co ciekawe z certyfikatem Halal. Żeby było jeszcze dziwniej trzeba ją gotować przez 4 ½ minuty a rozpuścić 550ml wody. Jeżeli chodzi o kaloryczność to 100g (paczka ma 120) to 430kcal, w tym: 67g węglowodanów, 8,9g białka i aż 3,7g soli. Skład na szczęście nie przypomina Tablicy Mendelejewa! Producent zaznacza, że mąka używana do produkcji makaronu pochodzi z USA.

Chewy Potato Noodle Soup, tego samego producenta (Nongshim) ma przepyszny ziemniaczany makaron i jest mało pikantna. Trzeba ją gotować w 450ml wody przez  3½ minuty! 100g (opakowanie ma 100g) dostarcza 454kcal, 68g węglowodanów, 9,5g białka i uwaga 4.5g soli. Tym razem dowiadujemy się, że ziemniaki użyte do przygotowaniu makaronu są niemieckie.

Na spróbowanie czeka jeszcze zupa  z owocami morza – cham pong.

Ogromnie mi się podoba rada, którą usłyszałam – dodaj do zupy to co lubisz najbardziej, jak za ostra to koniecznie dosyp tartego sera, jak masz zbędne glony to zawsze pasują…. Dzięki Lilly za pomysły!

Wersja z kaczką (została z poprzedniego dnia), szwajcarskim serem i groszkiem była super smaczna! Myślę, że wiele osób można by nabrać, że to gotowana od podstaw zupa! Naprawdę! Wersja z chipsami bekonowymi też wyborna, nawet ta najprostsza tylko z jajkiem świetnie smakowała.

Kilka słów w dodatkach

5 maja 2017

Zapiekanka z pieczarkami wersja 2.0

To jest super pyszna zapiekanka, może nawet dekonstrukcja wspomnień z dzieciństwa...fot.D.Szymborska


Pamięć bywa zawodna albo wybiórcza. Z dzieciństwa pamiętam zapiekanki z pieczarkami, takie kupowane „w budzie”. Jedzone na wycieczkach, obozach. Ogromnie mi smakowały! Jak teraz pomyślę czym się, z takim smakiem, zajadałam to przechodzą mnie ciarki.

Dlatego dziś wersja 2.0 – czyli upgrade zapiekanki. Zamiast zwykłej „były” – francuska bagietka, zamiast niskiej jakości sera żółtego – irlandzki cheddar. Wreszcie pulpa pieczarkowa zastąpiona pieczarkami smażonymi na maśle. I do tego szynka konserwowa, dobry koncentrat pomidorowy i ketchup.

Uwaga!!!!

kalorie – dużo
wartości odżywcze – mocno umiarkowanie
wspomnienie z dzieciństwa – silne
smak – wyborny!


Składniki – 4 duże zapiekanki:

4 maja 2017

Pierwsza i jedyna, czyli szosa nie jest kobietą

Selfie po wyścigu, telefon był w woreczku strunowym, jak cała reszta "ekwipunku"


Odkąd jeżdżę na rowerze to śledzę prognozy pogody, tak jak przy bieganiu trzymam się zasady, żeby nie było zimniej niż dwadzieścia kilka stopni, tak przy szosie zachowuje się jakbym była co najmniej z cukru. Unikam wiatru, deszczu… Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że trzeba to zmienić! Dziś właśnie tak było: sprawdziłam rano – od 18 deszcz na 100%, sprawdziłam popołudniu – od 18 deszcz na 70% - pojawiła się nadzieja, że może jednak nie będzie padać. 17.10 – odebrałam numer startowy do wyścigu B w czasie Czwartków Kolarskich. Zaczęłam rozgrzewkę – zmokłam zupełnie, moje ochraniacze na buty, które mają być nieprzemakalne, działają jak filtr – przyjmują wodę do butów i nie pozwalają się jej wylewać!

Mokra stanęłam na starcie. Kilkunastu chłopaków i ja. Żadna inna dziewczyna nie przyjechała się ścigać na Torze Wyścigów Konnych. Szkoda. Nie zawsze szosa jest kobietą….

3 maja 2017

27 Bieg Konstytucji – lista powodów dla których warto wystartować w zawodach


Cudowna zieleń bo...padało dużo od rana, na bieg się wypogodziło fot. D.Szymborska


Kolejny rok świętowanie Konstytucji na biegowo! Bywało, że Premier biegał (TUTAJ), bywało szybko, a od dwóch lat towarzysko i spokojnie.

Ostatnio usłyszałam po co startować w zawodach jak się nie biegnie na maksa, to wyrzucone pieniądze i strata czasu. Cóż uważam inaczej. Wiadomo, że zawody są po to by się ścigać i wygrywać bo to jest ich główny cel, ale jest też dużo innych powodów, dla których warto opłacić wpisowe i wystartować. Dziś Bieg Konstytucji ukończyło 4263 osoby (co ciekawe, za pakiety zapłaciło aż 5160 osób), na podium stanęło kilkanaście, życiówki pewno zrobiło z tysiąc osób, a co z resztą? Po co biegli?

Oto lista mniej oczywistych niż wynik i ściganie powodów, dla których warto wystartować w zawodach biegowych:

·      Mobilizacja – jeżeli wiemy, że będziemy startować w zawodach to trenujemy dużo solidniej, mamy cel do którego się przygotowujemy,

·      Medal lub koszulka – marzymy o medalu albo chcemy szpanować nosząc bluzeczkę z informacją w jakiej imprezie uczestniczyliśmy – niektórzy się z tego śmieją, ale to jest też jest powód by w zawodach wystartować. Tym bardziej, że trzeba je ukończyć by dostać medal! Z bluzeczkami to jest inaczej, bo jak dotychczas tylko w 70.3 IM w Gdyni i 5150IM w Warszawie – koszulki finishera były….na mecie a nie w pakiecie odbieranym przed zawodami!

2 maja 2017

Przegrzebki dla opornych – czyli 19 kroków do wyserwowania genialnej przystawki

Super smaczne przegrzebki, do przygotowania w każdej kuchni w której jest patelnia i duuużo masła! fot. D.Szymborska


Że trudne, że drogie, że człowiek wyda kilkadziesiąt złotych i będzie gumowe jedzenie….pewno, można mieć obawy, ale jak się ma świetny i sprawdzony przepis to…..trzeba usmażyć przegrzebki!

Podaję przepis krok po kroku, tym razem zdążyłam zrobić zdjęcia! Samo smażenie to kilka minut, tylko wcześniej trzeba koniecznie przygotować ziołowe masło ze skórką z cytryny i chili. Schłodzić w lodówce – gdy mamy kilka godzin, lub w zamrażalniku – gdy mamy tylko godzinę! O przegrzebkach pisałam już kilka razy na blogu, ale nigdy nie opisałam, krok po kroku jak przygotować przystawkę, wychodzi tak pyszna, że zostałam poproszona o podanie chleba do „wylizania” talerzy z masełka….

Składniki (dla 3 osób):

1 maja 2017

(Prawie jak) MAMIL’e na kawie

Niestety jeszcze za zimno na ogródek, kawa na stojąco i w cieniu - ekspresowo bo zimno! fot. J.


Ha! Nie pada! Owszem dalej zimno, pogoda bardziej przypomina marcową niż majową, ale grunt, że bez deszczu!

Rowerem można się ścigać, na rowerze można trenować, wreszcie można też się wybrać na wycieczkę. Trzeba mieć cel, można nadłożyć kilometry….i napić się kolarskiej, małej…kawy oczywiście!

Dziś widziałam dużo MAMILi….

MAMIL to skrót od angielskich słów – „middle-age man in lycra”.

Pod tym określeniem kryje się pan w średnim wieku, który jeździ na drogim wyścigowym rowerze szosowym, do tego ubiera się w profesjonalny strój kolarski (obcisły, stąd lycra w nazwie). Nie żeby czuła się mężczyzną, ale w takim towarzystwie dziś jeździłam na szosie i kawę piłam.

Słowo MAMIL pojawiło się w  języku i marketingu około 2010 roku w Wielkiej Brytanii, a bardziej popularne stało się po 2012 kiedy to Bradley Wiggins odnosił sukcesy w Tour De France i w letnich Igrzyskach Olimpijskich. W Australii „panowie w lycrze” pojawili się w 2011 gdy Tour De France wygrał Cadel Evans.

Socjolodzy uważają, że kupowanie bardzo drogiego roweru szosowego jest zdrową odpowiedzią na kryzys wieku średniego. Zamiast czerwonego kabrioletu najdroższy model kolarzówki!

30 kwietnia 2017

Bardzo zdrowa i super tania – kapusta kiszona

Najprościej - najpyszniej - kiszona kapusta z kminkiem i marchewką fot. D.Szymborska


Kiszona, kwaszona – nazwy różne ale właściwości zdrowotne te same! Kapusta w tej wersji – poddana fermentacji jest bardzo zdrowa. Jeżeli weźmiemy pod uwagę stosunek właściwości zdrowotny do ceny, to mamy tutaj HIT.

Rzadko się zdarzają tak tanie i tak zdrowe sałatki! Do tego jest bardzo prosta w przygotowaniu – 10 minut i mamy świetny, pyszny i mega zdrowy dodatek do dania głównego.  Gwarantuję, że będzie tak pyszna, że ciężko będzie nie podjadać przed podaniem, dlatego podaję ilość dla czterech osób, która gdy trafi na stół będzie porcją dla trzech…

Kapusta kiszona to spora dawka witaminy C – 20g na 100g, wapń, fosfor, witamina E i to czego szukają ci, którzy nie chcą się szybko starzeć: naturalne przeciwutleniacze – karetonoidy i polifenole, do tego działa bakteriobójczo.

A cena? Kilogram to kilka złotych! Dodatki to kolejne kilka…. Czasem nie trzeba szukać drogiego superfood….wystarczy kiszona kapusta, marchewka, kminek, odrobina cukru i olej rzepakowy….

29 kwietnia 2017

KONTUZJA - pytania, których NIE należy zadawać i takie, na które CZEKAMY

"K" jak kontuzja i buty, które leżały "na wierzchu" w przedpokoju....i jak tu nie biegać?! fot. D.Szymborska


Biegacz, kolarz, pływak, triathlonista – każdemu (niestety) zdarzają się kontuzje. Od zeszłej niedzieli nie zrobiłam treningu… to miałam dużo czasu żeby odpowiadać na pytania, których wcale nie chciałam słyszeć. Czekałam też na niektóre....

Jeżeli nie chcecie drażnić „kochania” to zerknijcie na listę pytań, których NIE WOLNO zadawać i sprawdźcie, czy zadaliście, te na które kontuzjowana osoba czeka….

TYCH NIE ZADAWAĆ:

Q: To kiedy idziesz do lekarza?

A: Helllo! Co to za pytanie, przecież to nic poważnego, przeczekam kilka dni, poroluję, posmaruję, lód przyłożę.



Q: Pamiętasz przy jakim ruchu zaczęło boleć, no wiesz, żeby tego błędu nie powtórzyć?

A: Nie no! Jakbym wiedziała, od jakiego ruchu mnie boli, to bym go nie robiła!

27 kwietnia 2017

Kalenji dla biegaczy – nowości na wiosnę 2017

Wiosna z Kalenji będzie kolorowa! fot. D.Szymborska


Zerknęłam do szafy, o bluzeczka (z logo Kalenji), sprzed kilku lat – nasza drużynowa, w której biegłyśmy Ekiden – kolor nie sprany, zero rozciągnięć i do tego jakie miłe wspomnienia babskiej sztafety.

Dziś Decathlon pokazał trzy nowe kolekcje ubrań i akcesoriów biegowych. Pierwsza (najwięcej produktów, wiele przydatnych akcesoriów) adresowana jest do joggerów – czyli „tych co parku biegają”, druga dla tych co "się ścigają" (runners) i trzecia dla tych co "ultra i po górach" – trial.

Biegacie z telefonem, takim co ma rozmiar ½ formatu A5? Jak tak, to nie ma problemu bo ubrania mają wielkie kieszonki, ba jest nawet specjalny uchwyt na dłoń, dla tych co komórki z ręki nie wypuszczają – serio! 

Nie zdawałam sobie sprawy jak ważnym elementem dla wielu biegaczy jest telefon. Ja swój pakuję do specjalnej torebeczki, a w przypadku dłuższych biegów biorę starą Nokię, taką, z której można tylko dzwonić – ale wiem, że bateria wytrzyma tydzień! Jak się okazuje biegacz, a dokładniej jogger (70% truchtających osób Decathlon zalicza do tej grupy) musi mieć swój wielki telefon przy sobie!

26 kwietnia 2017

Tortillia con calabacines czyli cukiniowo jajeczne szaleństwo

Cukiniowa tortillia jest teraz moją ulubioną wersją tego hiszpańskiego omletu! fot. D.Szymborska


Uwielbiam hiszpańskie tapas, najprostszym do przygotowania w domu jest….tortillia de patatas. Wystarczą ugotowane lub smażone ziemniaki i jajka. 

Taki hiszpański omlet można podawać na ciepło i na zimno, z chlebem, szynką, oliwkami, sardelami – pełna dowolność.

Wariacja na temat cukiniowego tapas jest bardzo pożywnym i przepysznym daniem. Równie dobrze smakuje na zimno, a dobrą wiadomością dla tych, którzy tak jak są bardzo niecierpliwi i bywają głodni – na gorąco też pysznie!

Cukiniową tortillie można przygotować w kilka minut, pod warunkiem, że wcześniej spędziliśmy sporo czasu na grillowaniu plastrów cukinii….

Składniki (na 6 sporych kawałków hiszpańskiego omletu):

25 kwietnia 2017

Symfonia Smaku czyli degustacyjne menu weselne

Rewelacyjny deser, piękny talerz - idealna całość, moim zdaniem najlepsze danie z menu weselnego fot. D.Szymborska


Wódeczka, goloneczka, gorzko, gorzko….. pewnie każdy był na takim weselu. A na takim, gdzie nie serwuje się mocnych alkoholi, jedzenie nie jest na półmiskach, tylko w formie serwowanego menu degustacyjnego? Ja byłam w sobotę! W gliwickiej restauracji Symfonia Smaku.

Na początek szparagi, sos holenderski i boczek z dzika. Świetna kombinacja, dobry start obiadu weselnego. 

Potem ryba, kolejność mnie zastanawiała, bo tak aromatyczny boczek z dzika zestawiony z delikatnym halibutem trochę przytłacza drugie danie. Ryba świetnie przygotowana a pomysł z kalafiorem i słonecznikiem – super smacznie. Do tego każde danie podawane na innym talerzu. Przemyślane! 

Dalej był tatar z jelenia – nie jadłam, bo unikam surowego mięsa. 

Potem chłodnik z buraków na maślance. Bardzo dobra zupa, niestety podana w zwykłych bulionówkach – sposób serwowania też jest ważny, w przypadku przemyślanych talerzy na których podawane były wcześniejsze dania, to taki mały zgrzyt. Zupa delikatna i pomysł z czarnuszką trafiony! 

Desery – dwa. Pierwszy – mistrzostwo! Tak, tak wiem, że super ultra słodki, ale akurat tym trafił w mój gust! Biała czekolada ma być słodka, maliny aromatyczne, idealny deser, tak dobry, że warto przyjechać tylko po to, by go zjeść. Drugi deser to jakieś bezy z pływającymi w sosie truskawkami i ciekłym azotem. Cóż, wydaje mi się, że to już passe – dymy azotowe? Nie potrzebuje takich wrażeń, mogę zjeść dwie porcje tej malinowej pyszności...