13 lipca 2018

Oh My Pho – zachwytu brak

 
Przystawka - letnie sajgonki fot. D.Szymborska



Zmokłam okrutnie na wyścigu i miałam wielką ochotę na rozgrzewającą zupę. Ostatnio odwiedzam najróżniejsze ramenownie, tym razem zmiana kraju – Wietnam. 

W Oh My Pho byłam dwa razy, w 2016 i 2017 – zachwyty duże. 

To czemu nie sprawdzić bardzo reklamowanego nowego menu, zobaczyć jak zmienił się lokal?

Zupa nie miała smaku, była ciepła, to jedyne co dobrego mogę powiedzieć. Letnie sajgonki były napakowane zieleniną i makaronem, w przypadku dwóch – z kurczakiem i łososiem, to do połowy rolsa zastanawiałam się, który jem bo ani mięsa ani ryby nie było. Z rolsem krewetkowym było łatwiej, bo krewetki były na wierzchu. Taro suche okrutnie.

Jednym słowem rozczarowałam się bardzo. Szkoda, bo to było bardzo przyjemne miejsce, ale chyba ilość zamówień, duży ruch, to wszystko przełożyło się na to, że jakość i smak gdzieś się zgubił.

Ktoś powie, chcesz prawdziwej zupy pho to pojedź do Wólki Kossowskiej, pewno to prawdziwe zdanie, ale w czwartek wieczorem raczej mało wykonalne.


Pho z pierożkami won ton fot. D.Szymborska

Taro - wersja mega sucha fot. D.Szymborska


Oh My Pho, obecnie znajduje się u mnie na liście miejsc, gdzie można zjeść gdy jest się głodnym i zziębniętym, nie martwiąc się o to, że rozboli nas brzuch. Taka kategoria miejsca to zdecydowanie nie jest to, co lubię i czego szukam.

To co mi się podobało to instrukcje jak jeść pho – znawcy burkną, że wiadomo. Pewno, że wiadomo jak się wie! A jak nie, to można zerknąć na instrukcję – to dużo ułatwia.

Acha przez lata zmienił się sposób podawania – zamiast bambusowych koszyczków plastiki, zamiast plecionych talerzyków plastiki udające bambusy. Pewno higienicznie to wychodzi na plus – łatwiej to umyć, ale trochę gubi się klimat, a przecież to też ważne gdy chodzimy do restauracji czy baru.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz