8 listopada 2016

Zupa w koszyczku zamiast kawy z dripa – OH! MY PHO

Duża porcja jest OH duża, ale do zjedzenia dla kogoś po treningu fot. D.Szymborska


Rano było jeżdżone, niby na liczniku pokazało się „tylko” 19 godzin odpoczynku ale trening na VO2 czyli nogi tak spuchły po jeździe, że ledwo jeansy udało się ubrać. A potem wszystko na szybko, żeby zdążyć… pędząc na spotkanie przebiegłam obok wietnamskiej knajpki, zaparowane okna i tłum ludzi, przykuwający uwagę czerwony szyld. Spodobało mi się, tym bardziej, że chwilę później umówiłam się z przyjaciółką na kawę.

Szybki telefon – że głodna, że zamiast kawy zupa, był tylko warunek – w streetfoodowym barze nie mogło śmierdzieć. Żadna z nas nie miała ochoty prać kurtek i wietrzyć torebek…. OH! MY PHO ma dobrą wentylację, owszem w lokalu jest gorąco ale zapachy pozostają w kuchni.

Zamówiłam specjalność lokalu – jak można się domyślić – zupę pho. Wersja – duża i jeszcze z pierożkami.


W lokalu duży ruch, brak wolnych miejsc a jeszcze zamówienia na wynos. Chwilę trzeba było poczekać. Obsługa baru przynosi zamówienia do stolika. W takich barach pracują dziwni ludzie, kategoria zakręceni chyba dobrze ich opisuje. Dostałyśmy zupy – te zamiast kawy z dripa, na którą wcześniej się umówiłyśmy. Pan kelner pokazał pudełko i zapytał się, czy wiem, że tam są cytryny i po co one są?! Ha, udało mi się wykazać wiedzą – nie strzelałam, tylko od razu odpowiedziałam – do skropienia zupy….niestety pan kelner już nie słuchał bo był myślami gdzieś indziej, może w Wietnamie.

Zupa pyszna, wersja ze wszystkim ma wszystko, serio – dużo różnych mięs, krewetki, makaron ryżowy, zieleninę i pierożki. Jedynie co do samego bulionu mam malutkie zastrzeżenia, bo jak już wszystkie dodatki wyjadłam (tak, tak ci jedzący zupy dzielą się na takich co jedzą i piją zupę i takich, jak ja co najpierw wszystko wyjadają a potem dopijają zupę)  to bulion nie był zbyt aromatyczny….


Zupa podana w wielkiej misce, bo zamówiłam duża, w koszyczku, pałeczki na stole, specjalne łyżki zupne również. Tego potrzebowałam. Zupa rozgrzała cały mój organizm. Było smacznie i sympatycznie w tym barze. Nie wiem czy tam jeszcze się pojawie bo zjadłam specjalność lokalu i zupełnie nie po drodze mi na Wilczą ale dzisiejszy spontaniczny lunch mi smakował i potrzebowałam go dużo bardziej niż kawy…..a na tą to jeszcze sobie z przyjaciółką pójdziemy, spokojna głowa.


Jeżeli rano po treningu licznik pokazuje, że mam 19 godzin do zregenerowania to nie jest tak źle bo to znaczy, że następnego dnia rano...mogę zrobić kolejny trening....fot. D.Szymborska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa