11 listopada 2018

Miesiąc morsowania za mną...

Morsowanie w Jurmali, druga od prawej to ja, pierwsza (bliższy plan) to mewa. Morze było bardzo płytkie, żeby się zanurzyć trzeba było iść naprawdę daleko...fot. J.

4 soboty. Każda inna. 

Pierwsza – nie wiedziałam czego się spodziewać. Nie miałam pojęcia jak zareaguje moje ciało i moja głowa. 

Druga – już spodziewałam się, ciarek i mróweczek na skórze. 

Trzecia – znów coś innego bo tym razem wchodzę do Bałtyku. 

Czwarta – chcę wydłużać czas, możliwe jest przesuwanie swoich granic!

Na pierwszym morsowym spotkaniu Wiktor, mors z kilkuletnim stażem powiedział do mnie, uważaj to wciąga, jak zaczynałem to chciałem morsować codziennie. Słuchałam tego jako ciekawostki w czasie rozgrzewki. Że co, chcieć wchodzić do TAKIEJ wody codziennie? 

Teraz wiem, że nie mówił prawdy, morsowanie uzależnia. Myślę, że dzieje się tak z kilku powodów.  Wchodzenie do zimnej wody podnosi poczucie własnej wartości. Jeżeli jestem w stanie wejść do jeziora, morza to wiem, że jestem osobą odważną, nie boję się wyzwań. Nie mówię, że się tej zimnej wody, nagle przestałam bać. Co to, to nie. Mam do niej wielki szacunek, zrozumiałam to o czym czytałam – wychłodzenie tych co wpadają do morza, „człowiek za burtą” – to coś jeszcze bardziej strasznego. Po drugie, poprawa humoru. To dzieje się naprawdę, człowiek nastoi się w tej lodowatej wodzie, potem się wytrze na brzegu i uśmiechać się nie można przestać. Po trzecie – woda w basenach, w których pływam przestała być zimna. Serio, wcześniej narzekałam, że taka zimna, teraz temat zniknął. 


To był dobry miesiąc. Nauczyłam się wiele o sobie. Cieszę się, też z tego, że to wszystko robię stopniowo. Wydłużanie czasu pobytu w wodzie, przyzwyczajanie się. Myślę, że dużo trudniej byłoby mi się przełamać w zimie, wejście do przerębla wciąż jest na razie w mojej wyobraźni nie lada wyczynem, jednak możliwym do zrealizowania. Teraz to wszystko zależy od tego jaka będzie zima.

Po miesiącu mogę spokojnie powiedzieć, że jedyną wadą morsowania jest to, że rzeczywiście uzależnia! A trzeba z nim uważać, bo na pewno nie pozostaje obojętne dla naszego organizmu.

Wczoraj nasza grupka udzielała wywiadu do radia. Czułam się trochę jak bohaterka takich materiałów o świrach. Coś w stylu program o stepującym pudelki i wchodzących do jeziora w listopadzie. Z drugiej strony, nie wiem jak może być pomocą audycja o psie co tańczy, ale ta o nas myślę, że jest ważna bo może zachęci więcej osób do wchodzenia do zimnej wody. Tym bardziej, że teraz pogoda nas, początkujących wspiera. Tak, wiem „prawdziwy mors” czeka na minusowe temperatury, ale „taki mamy klimat”, że śniegu na razie nawet w prognozach pogody nie ma! 

Duże przede mną – wydłużanie czasu wchodzenia do wody, zanurzenie głowy, wszystko po to by potem pływać…. Myślę, że do tego by pływać w zimnej wodzie, potrzebuje jeszcze kilku lat. Zamierzam przyzwyczajać swój organizm stopniowo, czerpać z tego radość a nie traktować to jako konieczność. 

Wreszcie morsowanie to jedna z tańszych form regeneracji! Owszem „zainwestowałam” w buty z neoprenu. Będą na lata, jak będę je zawsze starannie płukać i suszyć. Rozluźnienie mięśni dzięki takim zimnym kąpielom to coś cudownego, kilka minut w wodzie a poczucie jak po dobrym masażu!

Do lata daleko więc w kalendarzu mam wpisane – sobota morsowanie, tak na najbliższe kilka miesięcy.

Pierwsze morsowanie - byłam sama z instruktorem, to świetne na początek fot. T.

Spora grupka fanów zimnej wody fot. J.

Zdecydowanie najzimniejsza woda - Bałtyk - fot. J.

Wczorajsze morsowanie fot. J.



Ps. Dalej nie jestem w stanie wziąć zimnego prysznica u siebie w łazience. Wspominam o tym dlatego, że niektórzy radzą takie przygotowania do morsowania. U mnie nie do wykonania. Do jeziora, morza wejdę ale żeby tak się polewać w domu zimną wodą, co to, to nie!

1 komentarz: