25 września 2017

44 Berlin Marathon – relacja

Medalowa i rzeczywista Brama Brandenburska - jak dla mnie symbol berlińskiego maratonu fot. D.Szymborska


Widać ich wszędzie, część ma medale na szyi, reszta eventowe kurtki, kuśtykają z podniesioną głową. Niektórzy dopiero od wczoraj są maratończykami.

Bieganie w Berlinie jest inne, gdy widzisz kogoś na treningu to gna, daje z siebie wszystko (trochę podobnie jak w Barcelonie), gdy zamykają milion ulic w dniu maratonu, ludzie wynoszą stoliczki, krzesełka, wystawiają kolumny na balkony i…kibicują a nie psioczą. Niemcy uwielbiają się ścigać, nie potrzebują medali, pamiętam sylwestrowy wyścig pod Berlinem, gdzie nagrodą były pączki a czasy były olimpijskie z tego prostego powodu, że tam przyjeżdżali mistrzowie.

Wczorajszy dzień był cudowny. Pewno będę zadręczać znajomych, jak tylko zapytają jak było to zacznę….od tego, że ukończyłam swój piąty berliński maraton. Potem pewno powiem, że nie było życiówki, nie zamierzam się tłumaczyć ale wszyscy, ci, którym rosną zęby mądrości – zrozumieją. Przy szczękościsku, i spuchniętej szczęce można szybko spacerować, wolno biegać…. Owszem mogłam w piątek zacząć łykać antybiotyk, ale wtedy start byłby dużo bardziej niebezpieczny dla zdrowia. A tak cóż żele się wciąga a nie gryzie, banany do twardych nie należą, tylko zamiast uśmiechu do kibiców wychodził mi jakiś dziwny grymas.


Pokaz mody przedstartowej...bluza i polarek do wyrzucenia przed startem.
A rozgrzewka, spacer z przyjaciółką pozwala mniej się denerwować biegiem fot. T.


Za to na mecie nie byłam zmęczona tak jak zawsze. Starczyło sił na wieczorny długi spacer i radość z bycia w Berlinie.

Bieg jak zawsze zorganizowany na tip top. Multum policji i tajniaków – sportowe buty, ortaliony i słuchawki w uszach. Rozumiem, że bezpieczeństwo jest ważne, więc nie narzekam bo kontrole bezpieczeństwa były przeprowadzane sprawnie.

Na mecie – medal, folijka i dla tych co nie oddawali rzeczy do depozytu – ponczo. Efekt miasto wypełnione nie tylko tłumem przykrytym błękitnymi plandekami ale również szeleszczącymi ufuludkami w sreberkach, bo taki kolor miały termiczne płaszcze.

21km, padało, ząb bolał ale jak ma się TAKICH kibiców to chce się wbiec na metę....oj chce...fot. T.


Było piwo i reklamówka z jedzeniem (jabłko, banan, rogalik, który przetrwa wojnę atomową, batonik, moje ulubione słone precelki).

Tak, tak na ręce TIMEX bo Garmin zdecydował się przestać działać....trzeba będzie reklamować fot. T.

Ubrałam bluzeczkę z Urban Trail w Grenadzie - zyskałam aplauz hiszpańskich i meksykańskich kibiców fot. T.



Za rok? Powtórka, bo zakładam, że ósemki mi w końcu wyrosną, będę mądrzejszą biegaczką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa