22 stycznia 2018

Bez Gwiazdek – i niech tak pozostanie

Raj hipstera - babcine kopytka z jarmużem fot. D.Szymborska

Szanuję gwiazdki przyznawane przez przewodnik ze śmiesznym ludzikiem, z czapeczkami mam większy problem,  czytałam wiele o ich nieobiektywności, lubię jeszcze hiszpańskie słoneczka ze stacji benzynowej..

Jak ktoś się mnie pyta zaczynać od dobrych czy złych rzeczy, to zawsze odpowiadam: od tych pozytywnych…

Styczniowy wieczór w Bez* był przemiły, spędzony w świetnym towarzystwie, tematy rozmów bardzo ciekawe, atmosfera przyjemna, jednym słowem super się bawiłam.

Jeżeli chodzi o jedzenie, wino i obsługę to było naprawdę bez gwiazdek.

W styczniu restauracja proponuje 4, 5 i 6 daniowe menu degustacyjne, do tego wybór alkoholi. Kolacja kosztuje odpowiednio 90, 110, 130 złotych, do tego wina (85, 105, 125). Rzadko piszę o cenach, ale w tym wypadku myślę, że warto wiedzieć jak są one wysokie w stosunku do smaku jedzenia…i jakości obsługi. 

Rozumiem, że cena za jedzenie w restauracji to nie tylko to za ile kupione zostały produkty, ale też wynagrodzenie gotujących, serwujących, sprzątających, koszty utrzymania lokalu…i wiele innych rzeczy. Prowadzenie restauracji to trudny i wymagający biznes.

Wybraliśmy najbardziej rozbudowaną wersję. Tak jak np. w Senses pisałam o tym, że oprócz dań wymienionych w karcie serwowane jest wile dodatkowych a to przystaweczek, odświeżaczy, tak tutaj to co w karcie bez niczego dodatkowego.

Na pierwsze podano pitę z lipian z modrą kapustą i gorczycą. Pieczywo dobre, kapusta chrupiąca. Sposób podania – cóż jak nie ma gwiazdek, to na talerzyku jest serwetka i na niej leży danie. Taki styl tapas baru, który lubię w Hiszpanii nie koniecznie jako część menu degustacyjnego. Do tego wino z RPA. Dosłownie jak tylko przełknęliśmy na stół trafiły kopytka z winem z Jakubowa. Tempo było oszałamiające. Nie idę do restauracji, żeby jeść na akord! Poprosiłam o zwolnienie tempa.

Teraz o samej obsłudze – osoba nalewająca wino, mówiła do nas per ty, przerywała nasze rozmowy, po to by wygłosić przygotowaną formułkę. Dziwnie się czułam jak ktoś nade mną stoi, chrząka bo tu i teraz musi powiedzieć coś o winie. 


Bezgwiazdkowe wypieki i masło i oliwa fot. D.Szymborska

Przekąska fot. D.Szymborska

Znów na serwetce, topinamburowe przystawki wielkości naparstka fot. D.Szymborska

Gołąbek - jedno z lepszych dań wieczoru, mimo zbyt twardej kapusty w stosunku do wypełnienia fot. D.Szymborska

Jedynie słusznie wysmażony kawałek wołowiny fot. D.Szymborska

Deser fot. D.Szymborska


Wracając do jedzenia – kopytka były naprawdę dobre, potem pojawiła się przystawka w postaci topinamburu z cebulą i słoneczkiem. Porcja homeopatyczna i znów podana na serwetce, wino to  Pinot Gris.

Czwarte to były gołąbki z winem z Moraw. Gołąbki były zawinięte z twarde liście kiszonej kapusty w środku był miękki dorsz, wszystko polane palonym masłem. Pomysł świetny, choć kapusta za twarda w stosunku do tak delikatnego nadzienia.

Dalej danie główne, dla mnie największe rozczarowanie. Nie skojarzyłam podania noża do steków, z tym, że powinnam się dopytać jak podana będzie wołowina. Naiwnie założyłam, że w restauracji kelner zapyta się mnie jaki stopień wysmażenia lubię. I wtedy pojawił się krwisty kawałek wołowiny. Oj nie moje klimaty, nie moje. Zapytałam się dlaczego nikt się mnie nie zapytał o to jak wysmażoną wołowinę lubię  i wtedy usłyszałam, że to jest jedyny słuszny. Serio. Na szczęście obok mnie siedział miłośnik prawie surowego mięsa. Do wołowiny zaproponowano Modri Pinot z Słowenii. Wino dla mnie nie do wypicia. Zostawiłam w kieliszku, obsługa nie zaproponowała nic innego….a szkoda, bo przecież mają ciekawe wina. Wiadomo, że nie wszystkim wszystko smakuje, ale brak zaangażowania za barem dawał się odczuć.

Na ostatnie danie nie czekaliśmy zbyt długo, tym razem słodycz ze słodyczą. Pączek z lodami ze śmietany i jabłek i do tego Tokaj. Smaczny deser, słodkie ze słodkim połączone, ale jak rozumiem taka wizja była sommeliera.

I?

Dziękuję, mam już opinię o tym miejscu, nie będę polecać, bo ani jedzenie, ani połączenia z winem ani obsługa nie jest tego warta. Zastanawiam się czy ci wszyscy, którzy pisali tak dobrze o tym miejscu byli inaczej obsługiwani, nie przeszkadzało im gdy kelner chce być głównym aktorem, a szef kuchni podaje jedynie słusznie wysmażoną wołowinę? To co zapamiętam, to przemiłe towarzystwo, bo jedzeniu szkoda poświęcać więcej uwagi.


Jeżeli przyznawałabym gwiazdki restauracjom, to ta byłaby bez gwiazdek. Jak widać, nazwa coś sugeruje….

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa