3 października 2018

Szanghaj – 7 dni jedzenia (i zwiedzania)

Pocztówkowe zdjęcie tej "lepszej" strony rzeki, z mną był Bund czyli dzielnica małych domków i sklepów "wszystko za 10 yuanów" fot. D.Szymborska


Przed wyjazdem przeczytałam dwie książki z reportażami, dwa przewodniki (Lonely Planet), porozmawiałam z tymi co już w Szanghaju byli i poszperałam w sieci w kwestii miejsc wartych odwiedzenia. 

Jechałam z nastawieniem zwiedzania i próbowania nowych smaków. Troszkę też liczyłam, że przywiozę sobie nowe rzeczy – no wiadomo, Chiny – nowości, taniości.

Słuchałam o dokupowaniu walizek, żeby pomieścić się ze wszystkim co się kupiło. Cóż, mnie to zupełnie nie dotyczyło – pamiątki da najbliższych (pałeczki, figurki – sztuk kilka), dla siebie: 3 bransoletki, pałeczki i szalik. Taki mój minimalizm w wersji chińskiej.

Przez siedem dni jadłam w większości chińskie jedzenie, wyjątek stanowiły dwa wieczory – koktajl w gwiazdkowej restauracji (i kilku innych w Three on The Bund) i  kolacja w hali targów. W tych dwóch wypadkach było to jedzenie europejskie. 

Uwaga, uwaga najbardziej smakowały z całego wyjazdu smakowały mi żeberka w sosie z granatów właśnie (Jean Georges – 4F – ma jedną gwiazdkę Michelin, a od czasu otwarcia czyli od 2004 dostaje cały czas nagrody i jest w 100 najlepszych azjatyckich restauracji), zachwyciłam też się węgorzem i pierożkami w Crystal Jade – to sieć chińskich restauracji wyróżniania zarówno gwiazdką jak i za jakość obsługi. W Crystal Jade La mian Xiao Long Bao byłam kilkukrotnie – wiem, że w Szanghaju są tysiące restauracji ale ta miała nie tylko bardzo dobre jedzenie ale też łatwy sposób zamawiania. Jadłam też w chińskiej stołówce i chińskim hotelu, nie sięgnęłam po jedzenie na ulicy. Ktoś powie, nie poznałaś prawdziwych chińskich smaków – może, ale po rozmowach z chińskimi znajomymi nie chciałam jeść w miejscach, które nie mają oznaczeń związanych z kontrolą czystości. Nasłuchałam się o sposobach oczyszczania oleju, które są delikatnie mówiąc bardzo kontrowersyjne i mogą się odbić na zdrowiu.

Jedynie w przypadku połowy pieczonej głowy kaczki nie wiedziałam co z tego powinnam zjeść, WIFI nie było, google działa tylko z VPNem, to zostawiłam łeb na półmisku. Potem doczytałam, że powinnam go obgryźć z chrupiącej skórki. Trudno przepadło.



Zachwyciły mnie pierożki, dim sum – gotowane na parze, takie smażone w tłuszczu, wszystkie. Podobało mi się, że na śniadanie podawane były i pierożki i zupy. Czytałam, że Chińczycy lubią gorące i sycące śniadania, ale nie wiedziałam, że aż tak. W efekcie po tygodniu pierożkowo zupnych śniadań, rzuciłam się na ser żółty i zwykły chleb!

Smakowały mi zupy, tylko jedna okazała się zupełną porażką – rybna – tak galeretowato bezsmakowa, że nie byłam w stanie jej zjeść. Wizytę w chińskiej stołówce ochorowałam – to było miejsce, gdzie Chińczycy filmowali naszą ekipę, byliśmy atrakcję. Dziwne uczucie być w miejscu, które jest zatłoczone, gdzie siedzi się przy wspólnym stole, gdzie wszyscy krzyczą, wszystko wydaje się inne, a tu się okazuje, że to my jesteśmy ciekawsi od jedzenia. Też robiłam filmiki, jednym słowem każdy pokazywał coś co go zainteresowało – ja jedzenie, Chińczycy nas…. Co ciekawe pomimo, jak się później okazało bardzo słabej jakości jedzenia w tej stołówce, ceny nie należały wcale do niskich, za taką samą kwotę można zjeść w restauracji wyróżnionej przez przewodnik Michelin!

Myślałam, że jedzenie będzie w Szanghaju tanie, nie było, do tego przewodnicy i miejscowi (również) zalecają, żeby nie pić innej wody niż ta w butelkach.

Blog jest jedzeniowo/sportowo/winny więc napiszę, że jedzenie było dobre, ale żebym zachwycała się jakoś szczególnie, to nie. Smaki różne, nie zawsze moje. Ze sportowych rzeczy to codziennie przepływałam minimum 1100m w basenie. Co ciekawe, przychodząc w różnych godzinach, z wyjątkiem jednego razu, byłam zawsze sama w wodzie. Nie żeby narzekała, ale to dziwne uczucie. Do tego pan ratownik, który zawsze mnie pilnował – dzięki temu nie było przystanków, poprawiania okularków itp. – wstyd tak nie pływać jak ktoś patrzy. Z bieganiem to mi nie wyszło – choć znalazłam fajną trasę na ostatni dzień, ale jak się pokręci godziny wylotu i okazuje się, że nie ma tego ostatniego dnia to i z biegania nici. Dziennie przechodziłam około 20 do 28 kilometrów. Najwięcej nastałam się w kolejkach w Disneylandzie, czasem w metrze w godzinach szczytu bywało tłoczno ale zawsze znośnie.

Plastikowe jedzenie - w tej restauracji wybiera się surowe składniki,
 z których kucharz przy stole przygotowuje danie,
efektowne ale niezbyt smaczne
i bardzo nie fotogenicznie wygląda po przygotowaniu fot. D.Szymborska

Kawa z widokiem na drugą stronę rzeki fot. D.Szymborska

Gorące zupy sprzedawane w Bundzie fot. D.Szymborska

Teraz jest sezon na crabby, jeden taki talerzyk kosztował 30PLN fot. D.Szymborska

Chińska stołówka, to tutaj byliśmy atrakcją fot. D.Szymborska

Lepiej wygląda niż smakuje fot. D.Szymborska

Pikle ogórkowe - pokochałam i mogłabym jeść cały czas! fot. D.Szymborska

Piekantne pierożki, tak delikatnego ciasta to nigdy nie jadłam fot. D.Szymborska

Nieobgryziona głowa kaczki wróciła do kuchni... fot. D.Szymborska

Pierożki - różne smaki, ciasta a radość wielka! fot. D.Szymborska


Z cyklu przekąski w chińskiej "żabce" fot. D.Szymborska

Vol II - Z cyklu przekąski w chińskiej "żabce" fot. D.Szymborska

To danie było podane na zimno, sosy świetne i super smak fot. D.Szymborska

Jedna z moich śniadaniowych zup fot. D.Szymborska


A to śniadaniowe pierożki fot. D.Szymborska

Tak wiem, w Chinach chińskie jedzenie, ale akurat była dobra oferta lunchowa w japońskiej restauracji fot. D.Szymborska

Dorsz i wołowina czyli europejska kolacja fot. D.Szymborska

Słodkie do granic możliwości ciastko w wersji "europejskiej" fot. D.Szymborska

Chińskie pączki coś jak churros ale bardziej chrupiące fot. D.Szymborska
a
Cocktail w Three on the Bund fot. T.



Jak będę znowu jechać do Chin to: wiza i wymiana gotówki, sprawdzenie godzin wylotu, 3 dniowe bilety do metra (oszczędność i wygoda), mapa papierowa, aplikacja VPN i słownik Pleco, wygodne buty i zapasy wody mineralnej robione w supermarkecie (bez wchodzenia do działu żółwio rybnego!). Konieczne jeszcze są okulary słoneczne, a gdy jest zimno maseczka.

Ps. 

O winie w Szanghaju nie napiszę, bo jego ceny były zaporowe a jakość bardzo niska. W gwiazdkowej restauracji podawano przyzwoite Sauvignon blanc i tyle. Cieszyłam się z tego co było w podróży…..


2 komentarze:

  1. Super wycieczka. Zazdroszczę i serdecznie pozdrawiam :)
    www.albertkosmider.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak, wyjazd był bardzo ciekawy, choć zdecydowanie lepiej czuje się w kraju, którego język rozumiem, albo przynajmniej mogę się łatwo dogadać. pozdrawiam

      Usuń