12 marca 2018

II Botaniczna Piątka w Warszawie – relacja


Piękny puchar do kolekcji i radość w wejścia, wbiegnięcia w nową kategorie wiekową...fot. R.


O pierwszej edycji nie słyszałam, a szkoda, bo startując w drugiej, wiem, że w kolejnej tez pobiegnę. Dystans z tych trudnych bo 5km, trasa też do najłatwiejszych nie należała – bardzo kręta i nawierzchnia, jak to się mówi – zróżnicowana.

Czasem jest tak, że zanim się w zawodach wystartuje, to można mieć przeczucie, że organizują je osoby optymistycznie nastawione do świata i bardzo zaangażowane emocjonalnie. Wystarczy przeczytać regulamin – w przypadku Botanicznej Piątki. Do tego docenieni zostaną również kijkujący. Przed startem dwóch fal biegu na trasę wyruszyli NW. 

Bieg obywał się w Powsinie, w Ogrodzie Botanicznym PAN, niestety przyroda powoli budzi się do życia, więc nie biegaliśmy wśród kwitnących krzewów, ale za to wśród spacerujących rodzin z dziećmi, które w 99% zachowywały się idealnie, czyli nie wchodziły pod nogi tym co biegli, a czasem nawet nas dopingowali.

Bieg podzielony na dwie tury, gdyby nie to w tak wąskich alejkach i byśmy się  "pozabijali". Ja z racji tego, że późno się na bieg zapisywałam biegłam w tej drugiej serii. Dzięki temu mogłam dopingować tych co startowali godzinę wcześniej.

Kupiłam pakiet minimum więc dostałam numerek z agrafkami i jakiś napój na spalanie tłuszczu (jeszcze niewypity, bo nie mam zbyt wielkiego zaufania do takich specyfików!). 


Botaniczny medal bo i piątka botaniczna fot. D.Szymborska
Punktualny start i biegniemy. Nie minęło 700m a musiałam stanąć z boku…. żeby zawiązać but. Tak, tak takie rzeczy się zdarzają! Mimo tego, że przed startem, jak zawsze sprawdziłam, czy sznurówki zawiązane na dwa razy to i tak się rozwiązały. Dużo o tym piszę, bo na maratonie wiązanie butów nie oznacza takich strat czasowych, jak na takim krótkim dystansie, jak pięć kilometrów. Nic to, trzeba będzie pomyśleć o triathlonowych sznurówkach również do zwykłych, biegowych startów! Jak się nie umie wiązać butów, to tak się ma!

Trasa biegu to trzy, kręte pętelki po Ogrodzie Botanicznym. Dobrze, że nie więcej bo nie jestem wielkim fanem biegania w kółko.

Na mecie śliczny medal. Zmęczenie ogromne, tydzień choroby czyni spustoszenia w organizmie. Na szczęście doświadczenie biegaczki pomaga, a nie przeszkadza – odpowiednio się na bieg ubrałam! Biegłam „na krótko” czyli w krótkich spodenkach i krótkim rękawku. Żal mi było patrzeć na tych, co mieli rękawiczki, kurtki, czapki zimowe – wiem, że wiosna przyszła nagle, że tydzień temu był jeszcze śnieg, ale w niedzielę było naprawdę ciepło choć dość wietrznie.

Zerknęłam na wyniki pierwszej fali, zaczęłam robić obliczenia, która jestem. I na szczęście stwierdziłam, że poczekam na dekoracje... 

Nic tak nie poprawia humoru jak nowy puchar przywieziony do domu!

Stanie na pudle sprawia ogromną frajdę! A do tego dostałam jeszcze biegowy kalendarz – śliczny i z bardzo dowcipna erratą – drukarnia pokręciła daty i w każdym miesiącu brakuje 21 bo jest dwa razy cyfra 17 – trzeba dokleić naklejki z "liczbą szczęścia"!

Zawody lokalne, rozgrywane w super sympatycznej atmosferze. Profesjonalny pomiar czasu, przemiła pani Dyrektor Ogrodu, która jeździła takim meleksem jak na polach golfowych i doglądała jak nam się biegnie. Wreszcie ogromnie mi się podobało zachowanie biegaczy – żadnego skracania trasy, przepuszczanie szybszych, nikt nikomu nie zabiegał…. dopingowanie. 

Regulamin nie kłamał to były zawody rozgrywane w przemiłej atmosferze!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz