25 czerwca 2018

Nocny, górski „Bieg dla Słonia” – relacja z Warszawy

Przed startem  - za pięć dziesiąta (wieczorem), w tle szczyt Kopy Cwila fot. A.


Dobrze, że byłem pod szczytem, to złapałem trochę aklimatyzacji, to nie powinno być tak ciężko.”– usłyszane na pierwszym podbiegu.

To była trzecia edycja, warszawskiego „Biegu dla Słonia”. Imprezy dziwnej, wzruszającej i ciekawej.

Zapisy – przez Internet – w kilku opcjach – udziału lub wsparcia Fundacji Kukuczki. Pakietów startowych brak, numerów startowych brak.

22.00 godziną startu biegu. Miejsce – Kopa Cwila. Latarki – czołówki obowiązkowe.

Dystans 5.5km – pięć pętelek z 10 podbiegami.

Przed startem wyświetlany był film, przyszło kilkaset osób, część ubrana „górsko” inni w bluzeczkach z biegów ogólnie znanych i uznawanych za trudne – od przeszkodowych do tych ultra.

Wystartowaliśmy punktualnie, goniliśmy się po osiedlowej górce – tam i z powrotem.


Czarne strzałki, czarną nocą...fot. D.Szymborska

Medale fot. D.Szymborska


Trzy posiadaczki pamiątkowych medali fot. D.Szymborska

Szczyt Kopy Cwila po 22.40 fot. D.Szymborska


Podobało mi się, że tyle osób tak spędziło piątkowy wieczór. Byliśmy razem, biegaliśmy, pokazaliśmy, że pamiętamy i że potrafimy się dobrze bawić.

Na kilka dni przed biegiem skończyłam czytać biografię Słonia. Poznałam człowieka, który kochał góry miłością trudną, czasem biznesową. Którego śmierć mogła być decyzją, a pozostała tajemnicą.

Sam bieg wzruszający, miło też było spotkać solidnych biegaczy – organizatorzy nie liczyli ilości zrobionych pętli, a uczestnicy sami dbali o to by przebiec odpowiedni dystans.

Na „mecie” czy pod szczytem czekały na wszystkich brzozowe medale. Miła pamiątka, pokazująca wspólnotę biegaczy i himalaistów. Po biegu chętni mogli zostać na losowanie wielu pamiątek górskich, ja poszłam do domu, bo wiedziałam, że nie będzie łatwo wstać rano tak by przez siódmą być w jeziorze…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz