17 września 2018

45 BMW Berlin Marathon 2018 – relacja

6 do kolekcji! fot. D.Szymborska


Mamy to! Rekord świata! 2.01.39 to są takie prędkości uzyskiwane na nogach, z którymi niektórzy robią wycieczki, tyle, że rowerowe! Niewiarygodna kondycja, przygotowanie i wynik!

Jestem szczęśliwa, że znowu mogłam biec po tych samych niebieskich liniach co mistrz świata!

To był mój szósty start w berlińskim maratonie, czas najgorszy, ale co do radości z biegu to drugi po debiucie sprzed lat.

A było tak: odbiór pakietu – znów na lotnisku, tym razem „usprawnienie” w odbiorze koszulek z pakietu oznaczało odstanie minimum trzydziestu minut a później to nawet do godziny. Coś poszło nie tak, bo cała reszta jak zawsze przytłaczająca wielkością i ogromem biegowego asortymentu. Było mi też bardzo miło przy odbiorze numeru startowego, gdy pani wolontariuszce wydał się podejrzany mój wiek, jej zdaniem wyglądałam dużo młodziej.

Potem obiad – zupa tajska z makaronem oczywiście, na kolację jeszcze kawałek pizzy i nic tylko czekać na start. 

Wszystko przygotowane, ubieram się przed wyjściem a tu….wielka dziura w spodenkach biegowych. WIELKA! Na szczęście słucham rad, które piszę dla innych i miałam ze sobą drugi zestaw ubrań biegowych i drugie spodenki. Obyło się bez zszywania przy użyciu hotelowych zestawów naprawczych.

Przed startem też było stresująco. Musiałam się czymś zakrztusić, albo to było ze stresu. W każdym razie bardzo kaszlałam. Przed biegiem na telebimach puszczane są pozdrowienia dla biegaczy w wielu językach, oglądamy piękne filmy z trasy ale też co roku jest wystąpienie dyrektora medycznego maratonu, który przekonuje, że jak ktoś się źle czuje to zdrowie jest najważniejsze a nie start. Myślałam, że to taka pogadanka tylko, ale przy mnie jedna pani z płaczem zrezygnowała. Czy ten filmik uratował jej zdrowie, nie wiem, ale myślę, że to możliwe. A ja sobie tak stoję i kaszlę. Pan obok poszedł po medyka, zaniepokojony moim stanem zdrowia. Po chwili pojawił się lekarz. Wytłumaczyłam, że to nie chorobowy kaszel, pan zmierzył mi ciśnienie, porozmawiał i powiedział, że „będą mieli na mnie oko”. Mój poziom stresu był mega wysoki, bo niedawno koleżanka, która zakwalifikowała się na mistrzostwa świata w ½ IM w Afryce nie została dopuszczona przez lekarza do startu. Z medykami nie ma dyskusji, odwoływania się. Uff teraz to już tylko maraton był przede mną. A nie jeszcze bieg do łazienki na 2 minuty przed startem.


Pierwszy raz nie miałam na ręce opaski ze śródczasami, nie denerwowałam się o wynik. Nie trenowałam tyle by liczyć na pobicie życiówki, chciałam bezpiecznie dotrzeć do mety.

Do 25 kilometra biegłam równym tempem, nawet do 27 jak pokazuje zegarek, potem niestety braki magnezu w moim organizmie zafundowały mi takie skurcze, że już przyjemnie nie było.
Mówi się trudno, przyjmuje się lekcje i cieszy się z biegu w Berlinie. Z atmosfery, z kibiców. Tym razem nie widziałam żadnej polskiej grupy kibicującej, zmęczona radośnie odmachałam Filipińczykom, myśląc, że trochę do góry nogami trzymają tę flagę ale trudno. Niestety nie umiałam odpowiednio podziękować za słowa otuchy po filipińsku. Jak to bywa w Berlinie, jakbym była z Danii to bym miała najlepszy doping ze wszystkich. Nic to, cieszyłam się z cudownej muzyki, energetyzujących koncertów na bębnach. Piłam herbatę w punktach żywieniowych i przesuwałam się w stronę bramy z napisem ZIEL.

Koło dwudziestego kilometra przez głośniki ogłoszono, że padł rekord świata. Jejku jakie to cudowne! Taka prędkość! Cieszyłam się jeszcze bardziej z tego, że ja też biegnę po tej mistrzowskiej trasie. Na całym dystansie namalowane są niebieskie linie, tak by elita biegła optymalnym torem, biegłam drogą mistrza świata – to miłe uczucie.

Na mecie medal, worek z prowiantem, poncho i piwo bezalkoholowe, które zawsze uderza mi do głowy.


Mega pyszne....żele żelami ale 3tys kalorii spaliłam fot. D.Szymborska

Obiadowe selfie z medalem



Obiad we włoskiej knajpce – wolałam siedzieć na dworze, bo prysznic musiał poczekać, ja owinęłam się w kosmiczne poncho i wcinałam ravioli z dynią i szałwią.


Podróż w aucie koszmarna jak zwykle. A dziś dzień po…. Maraton jest już wspomnieniem. Wydaje się, że to było już tak dawno…no do czasu gdy trzeba wstać z krzesła albo zejść po schodach. Wtedy nie mam wątpliwości, że wczoraj było biegane.

2 komentarze: