30 września 2018

Obiad pierwszej klasy w samolocie, czyli o "upgrejdzie do fersta"

Startujemy z przystawkami, w tle szampan fot. D.Szymborska


Nie wdając się w szczegóły, podróż powrotna z Szanghaju była inna niż planowałam. Tak jak pierwszy etap do Dubaju był z tych stresujących tak drugi był miłym zaskoczeniem.

Ten moment, gdy jest się na tyle zmęczonym, że nawet się nie wykłóca, że zmiana miejsc, że nowa karta pokładowa….jak się okazało, kłócenie się o zmianę miejsc w samolocie byłoby dużo głupotą. 

Zmiana była, owszem do najwyższej klasy – czyli do pierwszej. W całym olbrzymim samolocie jest w niej tylko osiem miejsc, ups słowo miejsc nie pasuje to kajutki, zwane „suite”, ja miałam tę przy oknie, a właściwie przy trzech oknach.

Ponieważ blog jest o jedzeniu, sporcie i winie, to pominę podróżowanie a skupie się na tym, jaki obiad można zjeść w samolocie i jakiego wina się napić, bo tym razem to nie było „cziken-fisz” tylko smaczny posiłek. Brakowało tylko towarzystwa, bo co coś za coś – prywatność, możliwość rozłożenia łóżka, indywidualny barek, nawiew, lusterko, kwiatek….zamykane drzwi i towarzystwo chmur za oknem… Suity na środku mają chowane ścianki więc można jeść w towarzystwie….


Wybór w menu spory, niektóre danie oznaczone jako te ultra zdrowe przygotowywane bez soli i tłuszczy – odpadły od razu. Oczy mi się zaświeciły jak zobaczyłam dorsza – wiadomo, że zamówię.

Dorsz z pysznym sosem i komosą ryżową fot. D.Szymborska

Deska a bardziej "łupek" serów fot. D.Szymborska

Porto z widokiem fot. D.Szymborska

Po kolei – na przystawkę zamówiłam arabskie meze. W skład którego wchodził: humus bejrucki, pasta z bakłażana, ostre ziemniaki po libańsku, szpinak, pasta paprykowa z piklowanym bakłażanem, nadziewane liście winogron, pierożek arabski, sałatka libańska. Do tego gorące pieczywo, włoska oliwa i sos balsamiczny i francuskie masło.

Na drugie zamówiłam dorsza, który był podany z komosą ryżową, sosem z granatów i fetą.

Na deser wybrałam deskę serów. Jejku jak ja przez tydzień się stęskniłam za serami. W Chinach ich nie jadłam. A tutaj selekcja bardzo smaczna i zróżnicowana: Cinco Lanzas Iberico, Grana Noir, Betton Farm Red Fox, Old White, Ossau – Irany PDO i Varra Valley Dairy marinated feta.

A teraz o alkoholu, karta win ciekawa i długa, lot też dlatego ja na spokojnie – szampan i porto na deser. Dom Perignon 2009 i Graham’s Colheita 1963, Single Vintag Tawny Port Douro Valley.

Szampan aromatyczny, wytrawny elegancki i cudownie owocowo wytrawny. Porto – cóż, jak potem przeczytałam w karcie win, dostępny tylko dla pasażerów linii  Emirates. Rocznik 1963  ma mocny figowy nos, doszukać się można też zapachu dymu i kawy. Świetnie zbilansowany, z lekko owocowym, pikantnym zakończeniem.

Jedynym zaskoczeniem dla mnie było to, że porto było nalane do zwykłego winnego kieliszka.

To z pewnością była niezapomniana podróż, obiad przepyszny, wina rewelacyjne. Dużo zabawy z regulowania fotelem i jego ułożeniem, zamykania (i otwierania) drzwiczek, rolet, odkrywania co jest w prywatnym barku, jakie kosmetyki mają mi umilić podróż i przecierania rąk gorącymi, pachnącymi ręcznikami przynoszonymi przez panie stewardesy. Sama nie wiem kiedy minęło prawie 6 godzin….licząc to kieliszkami szampana i porto… było całkiem daleko…


więcej kabinowych zdjęć na INSTA - TUTAJ

4 komentarze: