21 lutego 2018

Triathlon z rana jak śmietana

Śliczny medal, czwarty do kolekcji fot. D.Szymborska

Są takie wtorki w miesiącu, gdzie wszyscy wiedzą, że nie da się mnie wyprowadzić z równowagi, że będę spokojna. Ot wystarczy o siódmej rano wystartować w triathlonie na dystansie sprinterskim, żeby potem być przez resztę dnia do rany przyłóż…

To był czwarty start w tym cyklu, mowa o Indoor Triathlon w Holmes Place. Czasu nie poprawiłam, najlepszy jest dalej ten grudniowy, ale radość z przepłynięcia 500m, przejechania z 20km, przebiegnięcia 5km olbrzymia.

Dlaczego wstaję po piątej rano? 

Bo uwielbiam to uczucie, gdy na bieżni wyświetla się 5.00 i wtedy wiem, że na dzisiaj to już koniec treningu! Oj, jak dobrze! 

Triathlon w wersji pod dachem, to zupełnie inna „zabawa” niż ten normalny. Dużo prostszy logistycznie, nie trzeba roweru wozić…. ale po kolei. 


Pływanie w basenie – 20 długości, po dwie osoby na torze. Pływamy każdy w swojej linii, start z wody (bo basen płytki, i tak bezpieczniej). Sędziowie liczą długości, wołają jak zostaje tylko cztery do końca, potem odliczają, że jeszcze tylko dwie. Nie ma pralki, nie ma pianek, nie ma wreszcie problemu z nawigacją, bo są linie i tory na basenie. 

Potem w wersji HP bieg po schodach – świetny test dla błędnika, można sprawdzić jak się czujemy po pierwszej części. Dalej triathloniści stanowią całkiem sporą atrakcję dla innych osób, przebiegamy w mokrych ciuchach by wsiąść na rowerek stacjonarny.

Tutaj obywa się walka z licznikami. Musimy wpisać dane – płeć, wiek, wagę. To ważne, bo rowery wyliczają moc w zależności od naszej wagi. Sprzęt można, ba nawet trzeba dostosować do siebie przed startem, to taki bikefitting na szybko, na szczęście dystans do przejechanie nie jest długi więc można w nie najwygodniejszej pozycji przesiedzieć 20km trasę.

Stopujemy rower i mamy do przebiegnięcie kilka metrów – to najszybsza T2, chyba, że jechaliśmy w wpinanych butach, wtedy trwa moment dłużej jak je zmieniamy na biegowe.

Ostatni etap – bieżnia. Dla mnie dość trudny, bo tak jak wiem, że po asfalcie mam biec, tak na bieżni zdarza mi się zagapić w telewizor i wlec się bardzo. Do tego metry na bieżni dłużą się jakoś bardziej, zanim pokaże się upragniona piątka, mija sporo czasu.

Potem jeszcze marsz i rozciąganie. W tak zwanym między czasie medal i…można zaczynać dzień! 

Ostatni z pięciu startów w marcu. Będzie mi brakowało takich poranków, bo pomimo zmęczenia przez cały dzień to uwielbiam te zawody.

Taki uśmiech zostaje na cały dzień!

1 komentarz:

  1. oj, taki wysiłek musi pozytywnie nastroić na cały tydzień!

    OdpowiedzUsuń