Śliczny medal, czwarty do kolekcji fot. D.Szymborska |
Są takie wtorki w
miesiącu, gdzie wszyscy wiedzą, że nie da się mnie wyprowadzić z równowagi, że
będę spokojna. Ot wystarczy o siódmej rano wystartować w triathlonie na
dystansie sprinterskim, żeby potem być przez resztę dnia do rany przyłóż…
To był czwarty start w tym cyklu, mowa o Indoor Triathlon w Holmes Place. Czasu
nie poprawiłam, najlepszy jest dalej ten grudniowy, ale radość z przepłynięcia
500m, przejechania z 20km, przebiegnięcia 5km olbrzymia.
Dlaczego wstaję po
piątej rano?
Bo uwielbiam to uczucie, gdy na bieżni wyświetla się 5.00 i
wtedy wiem, że na dzisiaj to już koniec treningu! Oj, jak dobrze!
Triathlon w wersji pod dachem, to zupełnie inna „zabawa” niż
ten normalny. Dużo prostszy logistycznie, nie trzeba roweru wozić…. ale po
kolei.
Pływanie w basenie – 20 długości, po dwie osoby na torze.
Pływamy każdy w swojej linii, start z wody (bo basen płytki, i tak
bezpieczniej). Sędziowie liczą długości, wołają jak zostaje tylko cztery do
końca, potem odliczają, że jeszcze tylko dwie. Nie ma pralki, nie ma pianek,
nie ma wreszcie problemu z nawigacją, bo są linie i tory na basenie.
Potem w wersji HP bieg po schodach – świetny test dla
błędnika, można sprawdzić jak się czujemy po pierwszej części. Dalej
triathloniści stanowią całkiem sporą atrakcję dla innych osób, przebiegamy w
mokrych ciuchach by wsiąść na rowerek stacjonarny.
Tutaj obywa się walka z licznikami. Musimy wpisać dane –
płeć, wiek, wagę. To ważne, bo rowery wyliczają moc w zależności od naszej
wagi. Sprzęt można, ba nawet trzeba dostosować do siebie przed startem, to taki
bikefitting na szybko, na szczęście dystans do przejechanie nie jest długi więc
można w nie najwygodniejszej pozycji przesiedzieć 20km trasę.
Stopujemy rower i mamy do przebiegnięcie kilka metrów – to najszybsza
T2, chyba, że jechaliśmy w wpinanych butach, wtedy trwa moment dłużej jak je
zmieniamy na biegowe.
Ostatni etap – bieżnia. Dla mnie dość trudny, bo tak jak wiem,
że po asfalcie mam biec, tak na bieżni zdarza mi się zagapić w telewizor i wlec
się bardzo. Do tego metry na bieżni dłużą się jakoś bardziej, zanim pokaże się
upragniona piątka, mija sporo czasu.
Potem jeszcze marsz i
rozciąganie. W tak zwanym między czasie medal i…można zaczynać dzień!
Ostatni z pięciu startów w marcu. Będzie mi brakowało takich
poranków, bo pomimo zmęczenia przez cały dzień to uwielbiam te zawody.
Taki uśmiech zostaje na cały dzień! |
oj, taki wysiłek musi pozytywnie nastroić na cały tydzień!
OdpowiedzUsuńMotywujący wpis! Oby tak dalej!
OdpowiedzUsuń