23 lipca 2018

Triathlon w Brodnicy – relacja

Meta zawodów fot. J.


Sezon tri w Polsce zaczyna się w maju – pływanie jak w przerębli i kończy we wrześniu – jeziora zaczynają zamarzać. Do tego dochodzi marznięcie i moknięcie na rowerze i biegu. Niby przez 1/3 roku można startować, tyle, że ciepło to jest przez miesiąc, półtora.

Mądrze by było wybrać sobie jako ważne starty – początek i koniec sezonu. Startowanie tydzień po tygodniu jest trudne i naprawdę męczące. To dobre rozwiązanie dla krótszych dystansów gdy wiem, że możemy poprawić czas, albo np. złapaliśmy gumę, czy zbyt się odwodniliśmy.

Przez tydzień przerwy między zawodami można odpocząć, bo nic innego w formie nie jesteśmy w stanie zmienić.

Byłam bardzo niezadowolona ze swojego „występu” w Piasecznie, pojechałam odkuć się w Brodnicy. Zapomniałam, że trasa kolarska to multum podjazdów, nie wiedziałam, że zmieniona została trasa biegowa – z sympatycznej – od jeziora do miasteczka na – podbieg wzdłuż trasy rowerowej i zbieg po nawrotce. 

Same zawody bardzo sympatyczne. Wykonalne jest „obrócenie” jednego dnia Warszawa-Brodnica-Warszawa, choć bycie kierowcą i startującym to nie jest najlepsza kombinacja, zdecydowanie lepiej być pasażerem triathlonistą.

Wczoraj było tak:
 
3.45 – pobudka
4.15 – wyjazd
7.00 – odbiór pakietu startowego
8.00 – wstawienie roweru do strefy zmian
8.30 – obserwacja śniętych ryb (sztuk trzy) pływających w kąpielisku
10.15 – rozgrzewka i rozpływanie
10.50 – start z wody
12.28 – medal na szyi
13.00 – kąpiel w jeziorze
13.30 – odbiór roweru
16.30 – obiad w MAHO
18.00 – prasowanie czyli kontynuacja zawodów na IRONMAN

Mój "szczęśliwy" ręcznik - jest ze mną na wszystkich zawodach fot. D.Szymborska


Teraz kilka słów o trasie – pływanie – start z wody – bardzo lubię to rozwiązanie, owszem dystans do przepłynięcia jest dokładnie taki jak w regulaminie nie ma biegów, dobiegów, ale dzięki temu triathlonowa „pralka” na starcie jest mniejsza. Przy kameralnych zawodach, a takie są właśnie te w Brodnicy start jest sympatyczny a nie podtapiający. Jezioro naprawdę miało ciepłą wodę – płynęłam bez pianki, tylko w spodenkach neoprenowych (cudownie nie pozwalają nogom tonąć). 

Szybki podbieg do strefy zmian (niedużej). 

Wyjazd na trasę rowerową – podjazd od razu. Trasa trudna, i tak jak na dystansie 1/8 to była jedna pętla tak 4 na „połówce” to koszmar. Owszem można się ładnie rozpędzać na zjazdach, ale dla mnie trudne było nadrobienie tego co traciłam na podjazdach.

Wybieg na trasę biegową, którą można było oglądać z roweru bo biegła ścieżką rowerową obok drogi po której jechaliśmy. 2.5km podbiegu i potem zbieg.

Delikatnie mówiąc trasa nie porywa, kibiców praktycznie nie było, mili wolontariusze, postawiony wioskowy punkt polewania zawodników wiadrem, jedna kurtyna wodna a bardziej pan z wężem ogrodowym.

Atmosfera zawodów ogromnie sympatyczna, owoce na mecie, medal i miska makaronu na regenerację.

Czy za rok tam się wybiorę? Nie wiem, jeżeli tak to na najkrótszy dystans bo na zdwojoną ilość podjazdów i podbiegów nie mam ochoty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz