14 maja 2018

Velothon Berlin 2018 – relacja

Na zdjęciu widoczny blok D (nie cały)....który wcale nie był ostatni tylko w środku stawki wyścigu fot. T.


To był wymarzony prezent urodzinowy. Tak, na urodziny dostałam pakiet startowy i wszystko co się wiąże z wyjazdem – hotel, jedzenie, dostęp do mechanik arowerowego – WSZYSTKO!

Jak dla mnie idealne urodziny! Impreza tylko w niedzielę, ale coś za coś, jak chce się pojeździć!

Pakiet odbierałam w przeddzień wyścigu. Niepozorne namioty rozstawione pod Bramą Brandenburską, sklepik z okolicznościowymi ciuchami – od skarpetek, przez koszulki po wielkie banery z wydrukowanymi wszystkimi nazwiskami startujących. Bluzeczki zarówno „no name” jak i firmy Craft więc było w czym wybierać.

W pakiecie startowym: worek do depozytu, trzy numery startowe (sztyca, plecy, kierownica), bidon i ulotki.

Zapisałam się do startu z bloku kobiecego. Co teraz z perspektywy czasu polecam głównie dziewczynom, które wiedzą, że będą trzymały prędkość od 35 do 39km/h przez całe 100km.

Wydawało mi się, że na zawodach w Poznaniu były tłumy, nic z tego! Start podzielony na dwie fale – najpierw dystans 60 i 160 a potem kilka godzin później moja setka.

Kaski po horyzont. Porządek w blokach startowych.


Szukając przycisku stop na liczniku po przejechaniu mety fot.J.



Spokojnie tocząc się po medal fot. T.


Organizatorzy reklamują, że to płaska, szybka trasa. Tak jak można im wierzyć w przypadku maratonu tak tutaj, cóż płasko nie było!

Start spokojny tak by dojechać do linii mierzącej czas. Potem szaleństwo jazdy. Dużo wypadków. Za pierwszym ostrym zakrętem zastanawiałam się, czy to aby nie przesada wykładać wielkimi poduszkami znaki drogowe, krawężniki i latarnie, za drugim jak zobaczyłam kolarzy w nie wjeżdżających to wiedziałam, że to nie było pozbawione sensu!

Wszyscy dają sygnały – że tory, że zwężenie, że zakręt. Peletony jadą jak szalone, zwalniają, przyśpieszają, w większość coś takiego jak zmiany nie istnieje, się gna, żeby dojechać do kolejnego, albo się odpada i jest się zjedzonym przez kolejny.

Niby miły być tylko rowery szosowe ale znalazł się hipster na fatbajku, który jechał bardzo szybko, broda powiewała na wietrze, a on nic innego nie robił tylko wszystkich wyprzedzał.

Dużo zespołów – tutaj już można było mówić o zaplanowanych zmianach i zorganizowanej jeździe!

Tłumy kibiców, żadnego narzekania – albo nie zrozumiałam po niemiecku, rozstawione stoliczki, leżaczki. Była i orkiestra i bębny – wszystko, żeby czuć się wyjątkowym kolarzem! Miło słyszeć „aleeee aleeee” i starać się jechać jeszcze szybciej!

Od 80km peletony zaczęły zwalniać, było gorąco i nie było żadnego bufetu na trasie. To zdecydowanie minus. Zakładałam, że na tak długim dystansie będzie rozdawane picie. Na 90 zrozumiałam po co ludziom plecaczki albo dodatkowe bidony w kieszonkach koszulek.

Na mecie piłam łapczywie i zajadałam się cząstkami pomarańczy.

Na metę wjechałam sama, bo peleton był w coraz gorszej formie, odliczałam kilometry do 100, żeby na tym setnym zobaczyć, wielką tablicę, że zostało już tylko 3 kilometry do mety!

Meta – kreska a potem bardzo długi rozjazd po medale, picie, do depozytów.

W moim rankingu urodzinowym ten prezent plasuje się w pierwszej trójce!

Medal - w zależności od dystansu V i szarfa było albo czarne, albo niebieskie albo czerwone fot. D.Szymborska



2 komentarze: