19 czerwca 2016

Made-in-Germany – czyli jak trudno jeździć na kole

Uwielbiam takie zdjęcia, sama bardzo rzadko je robię bo jakoś nie ma chwili, świat i kierownica.....fot. D.Szymborska


Przez 60 kilometrów wymyślałam ten tekst, żeby potem wziąć prysznic, zrobić sałatkę (będzie przepis) i zapomnieć….bo emocje opadły.

A było mniej więcej tak. Budzik. To ma być niedziela? Oj zdecydowanie nie o takie weekendy walczyliśmy. Tak, wiem trening sam się nie zrobi, tak niektórzy to sobie skarpetki z napisem – trening musi zostać odbyty – kupują. Dobrze będzie jeżdżone. Najpierw planowanie, umawianie. Po to by na miejscu usłyszeć, że zmiana planów. Jakby to było nawet najdłuższe wybieganie to bym okiem nie mrugnęła, ale z rowerowaniem jest tak, że wciąż treningi są dużymi wyzwaniami, więc nastawiam się, wizualizuję i nie cierpię zmian. Trudno.

Podwarszawska mekka kolarzy, peletony, lemondkowcy, tłumy szosowców z elementami szybkich mtbowców. Ruszamy. 20 kilometrów grzecznie trzymam się na kole. Patrzę na nieodklejony napis na kasku „Made in Germany”, znam go, o znam. Koło – made-in-Germany-koło-made-in-Germany. Kilometrów przybywa. Nagle informacja z przodu – za 50 metrów segment sprintu na Stravie. Co???? Dolny uchwyt i próbuję nie zgubić Made-in-Germany. Doganiam po sprincie. Mój sprint był wolniejszy, ale na tyle męczący, że mięśnie pieką. Będzie spokojnie mówili, takie pojeżdżenie mówili…..

Już ponad 40 kilometrów na liczniku. Made-in-Germany przyśpiesza, ja nie. No drop mówili, poczekamy mówili. Cyk pyk i flak z tyłu. Do parkingu, gdzie stoi auto jakieś 500 metrów, jechać – szkoda felgi, iść w butach z karbonową podeszwą – szkoda. Idę w skarpetkach. Nie wiedziałam, że różowe skarpetki tak działają na kolarzy, z 4 proponuje pomoc! Dziękuję i tłumaczę, że za chwilę będę przy aucie. Made-in-Germany, gdzieś przy zbiorze malin orientuje się, że ogona brak. Zawraca, widzi spacerowiczkę z butami w ręce. Przywozi z auta sportówki i zmienia dętkę. Będzie spokojnie mówili, takie pojeżdżenie mówili….



Ostatnie 20 kilometrów – początek spokojny. A potem coraz szybciej, ostatnie 5 kilometrów to chyba też jakiś segment na Stravie. Made-in-Germany chwali za końcówkę – dobre i to!

Nie wiem jak się odnajdę na następnej „wycieczce rowerowej” naklejka „Made in Germany” została odklejona z kasku – nie była to moja ingerencja w sprzęt sportowy…


Spodziewam się, że będzie: spokojnie, bez segmentów, bez „a ile to watów da radę wycisnąć pod górkę”, no drop…. Nie żartuję, tak nigdy jeszcze nie było….ale chyba na tym polegają treningi kolarskie, prawda?

Piechotą z rowerem fot. D.Szymborska

Taką śliczną łyżkę mam....fot. D.Szymborska

2 komentarze:

  1. łyżka pod kolor skarpetek? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oczywiście :) przecież nikt nie lubi jak miszmaszu kolorystycznego :)

      Usuń

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa