26 września 2016

43. Berlin Marathon – relacja

Szczęśliwa z medalem fot. T.


Są dwa rodzaje relacji, pierwsza jest wtedy gdy biegacz zrobi życiówkę – wtedy wszystko było cudowne, przygotowania dały efekt, bieg świetnie zorganizowany, super atmosfera. Drugi rodzaj jest wtedy gdy biegacz nie może się pochwalić świetnym czasem, wtedy okazuje się, że bardzo wiało, że do depozytu było daleko a na mecie kolejka po wodę, no i trasa średnia i tak dalej…. A ja wiem, że można nie zrobić życiówki i bardzo, bardzo miło wspominać 43 Berlin Marathon.

To był mój 4 maraton w Berlinie. Pierwszy – debiut maratoński TUTAJ, drugi – ambitne plany z których nic nie wyszło, trzeci – zeszłoroczna życiówka – TUTAJ. Każdy z nich był inny, każdy świetnie pamiętam.

Expo – zmiana miejsca, na lotnisku, na którym przez lata odbierałam pakiet mieszkają teraz przyjęci przez Niemców uchodźcy. Station Berlin – dziwne miejsce z nową organizacją odbierania pakietów, ale bardzo sympatyczni wolontariusze i wszystko idzie bardzo sprawnie. To ważne, bo następnego dnia pobiegnie nas 42 000 a to sporo ludzi…. Olbrzymia ilość stoisk, wszelkie możliwe nowości, reklamy innych imprez – miło było porozmawiać o 70.3 IM Herbalife Gdynia 2017 – świat jest mały, a ten triathlonowy jeszcze mniejszy!

Dzień przed biegiem, kluski, ryż. Szaleństw kulinarnych to nie było, tylko „bezpieczne jedzenie”. Rano sprawdzone śniadanie i spacer na start. Całkiem długi spacer, mimo, że nie stałam w ostatniej strefie, bo ze 3 kilometry trzeba było przejść. Rano biegacze skoncentrowani, niektórzy źli, inni po prostu zamknięci w sobie. Dla równowagi uśmiechnięci wolontariusze, tutaj przeważają osoby starsze. Dużo ochrony – nowość, wymuszona realiami światowymi.

Wielkie telebimy rozstawione tak, żeby można było oglądać filmy motywacyjne z każdej strefy. Byłam zaskoczona jakością tych „pogadanek” – były bardzo sensowne, zapamiętałam, że mam chłonąć każdą chwilę, że jest to mój dzień, że będzie ciężko i będzie bolało, że właśnie o tej mecie marzyłam. W punkt! Oto dla mnie chodziło w tym biegu – by być tu i teraz i cieszyć się z tego całą sobą.


Maraton bez selfie? W żadnym wypadku!

Bieg, no cóż, to już chyba tak bywa, że mi zegarki szwankują – tym razem Garmin nie ogarnął GPS od 14 kilometra, pokazywał totalne bzdurki – znów rozpiska na ręce to podstawa. Szkoda, bo nie mogę przeanalizować biegu, jednak bynajmniej nie zamierzam niczego zwalać na brak działającego GPS – to samo zdarzyło mi się w zeszłym roku, więc mogę powiedzieć, że byłam na to przygotowana choć wątpiłam, że po tym jak Garmin dał radę na IM 70.3 to i teraz ogarnie „tylko bieg” – nie ogarnął, trudno.

Do 28km biegłam z zającem na lekko poniżej 4 godzin, czyli dokładanie tak jak chciałam. Niestety na 28 odstałam chwilę w kolejce do tojtoja – tak uważałam, żeby się nie odwodnić – że zając zniknął mi z oczu, próba dogonienia się nie udała. Bywa. Dalej było pięknie, cudowni kibice, świetne zespoły muzyczne. Berlińczycy, który wystawiają mocne głośniki na balkony, dodatkowe punkty żywieniowe a przede wszystkim super entuzjastyczne kibicowanie. Tutaj maratończycy nie blokują miasta tylko mają swoje święto! Da się cieszyć z zablokowanych ulic!

Przed samą metą są trybuny, niezależnie od czasu w jakim się wbiega można liczyć na owację, czuć się wyjątkowym, wzruszyć. Tak, tak może nie wszyscy ale wiele osób płacze na mecie. Część płacze z wściekłości, że nie taki czas, inni z radości a zdarza się też histeria z nadmiaru emocji.

"Stylówka" przed startem fot. T.


Niby brałam to na spokojnie ale jak usłyszałam Congratulations  Dorota, Poland – to łyz same pociekły. Nagle przestał się liczyć nie taki jak zakładałam czas, pojawiła się duma i radość z tego, że mogłam tutaj pobiec. Było dokładnie tak jak na filmiku motywacyjnym – to był mój czas i moje szczęście. Dopiero potem pomyślałam, że już bardzo dawno nikt do mnie nie mówił Dorota, że powinnam to zmienić przy rejestracji....

Dlatego, uważam, że można nie mieć życiówki i bardzo dobrze wspominać bieg, nie trzeba szukać sztucznych usprawiedliwień, co nie poszło, zwalać winy na innych. Nie poszło bo nie pobiegłam wystarczająco szybko, tak też bywa, ale pobiegłam, wystartowałam i mogłam się cieszyć z każdego kilometra biegu.

Jedna strona medalu, o drugiej bardzo ważnej jeszcze napiszę....fot. D.Szymborska


Popołudniu w mieście był najazd 42 000 zombi, nie gonili nikogo tylko kuśtykali, tym razem biegacze byli już uśmiechnięci, szczęśliwi, tutaj nosi się medal przez cały dzień. Myślałam, że niezdejmowanie opaski z ręki to trochę przesada, ale nie chciałam jej tak od razu przecinać, a tutaj wyszłam na osobę umiarkowaną – bo medal zostawiłam w hotelu. O tym gdzie doczłapałam – brak schodów ruchomych w metrze – to jeszcze napiszę, na razie wciąż się uśmiecham i jestem ogromnie szczęśliwa, że mogłam tutaj wystartować!


Jeszcze 6 startów w Berlinie i będę w specjalnym klubie, średnia wieku powyżej 50 ale za to zielony numer startowy i specjalne traktowanie weteranów…..taki plan na kolejne lata, w międzyczasie nie mam nic przeciwko temu, żeby zrobić życiówkę jak będzie po drodze….jak nie w Berlinie to gdzie indziej, ale tutaj maratony na pewno chcę biegać!

1 komentarz:

  1. Odbierałem pakiet na półmaraton berliński w kwietniu, też w Station Berlin, całkiem fajne miejsce.

    OdpowiedzUsuń

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa