11 września 2016

Made-in-Taiwan – trening z Garmin Edge 520

Nie zawsze się słucham ale dobrze wiedzieć, że zasłużyłam na odpoczynek fot. D.Szymborska


Pamiętacie w czerwcu, jak się użalałam jak to jest trudno jeździć z Made-in-Germany? Trudno jest dalej, nawet bardziej, bo odkleił – po lekturze tekstu – naklejkę z kasku, ale ja tak szybko nie zapominam! (pełen tekst TUTAJ). Teraz będzie o tym jak się jeździ z Made-in-Taiwan czyli licznikiem Garmina.

Nie ma usprawiedliwienia, że satelity nie łapie, że trzeba poczekać – już na podwórku radośnie piszczy obwieszczając, że GPS gotowy. Moment później rozpoznaje HR z zegarka. Nic tylko jechać.

Made-in-Taiwan jest jeszcze bardziej bezlitosny niż Made-in-Germany. Od razu gotowy. Ruszam. Człowiek to nerwicy może dostać od tego piszczącego licznika. Pewno, że mogłabym dźwięk wyłączyć, a wtedy Made-in-Taiwan tylko by mrugał, ale nie po to trenuję z licznikiem, żeby nie wykorzystywać jego funkcji – zdenerwowany kolarz jest bardziej zmotywowany!

Potrzebny jest i komputer i telefon żeby do licznika wgrać trening. Są też ograniczenia bo licznik świeci/piszczy i „straszy” zawodnika albo za małą kadencją albo za małą mocą. Jak piszczy, że to jest za duża to jakoś tak bardzo się nie martwię….

Made-in-Taiwan w pełnej gotowości. Trening składający się z trzech części – rozgrzewki – na moc, części właściwej – na kadencję i schłodzenia – na moc.



Pierwsza i trzecia część najłatwiejsza do przejechania w taki upał, środkowa – duszę jak lokomotywa, a Made-in-Taiwan mruga do mnie, znaczkiem korby, na szczęście czasem piśnięcie licznika oznacza, że jadę we właściwej strefie – ot taki sposób chwalenia – tak to przynajmniej odbieram.

Jak nie korba to ciężarek - coś czego nie chcę widzieć zbyt często...fot. D.Szymborska


Jak już zrobię rozgrzewkę, przejadę trening, to bardzo kusi, żeby skończyć, bo to rozjeżdżenie to kolejne 15 albo 30  minut, a można by już prysznic w domu brać. Made-in-Taiwan ma na to sposób. Wie, że uwielbiam pucharki/melodyjki/wszelakie nagrody za wykonanie zadania. To proszę bardzo. Jak pojadę też schłodzenie w zadanym czasie to mi licznik melodyjkę gratulacyjną zagra – miło prawda? To jadę w tym upale, licznik odlicza czas jaki pozostał i…są fanfary (prawie) jak skończę trening.

Wiadomo, że przed treningiem wygląda się smutniej ale lepiej niż po, w wersji szczęśliwej i mega spoconej...


Made-in-Taiwan nie ma taryfy ulgowej, nie przyjmuje do wiadomości mojego gorszego dnia, zmęczenia czy super gorącego asfaltu. Trening to trening. Pewno, że mogę sobie włączyć opcję samego pomiaru – czyli będzie mi pokazywał jak jadęm a nie dyktował trening. Tylko po co mieć licznik, który „trenuje” i go nie używać? Więc psioczę, wyzywam (czasem) ale jeżdżę treningi. Ikonki – mogą się przyśnić w nocy ale działają – pojadę mocniej/szybciej/z większą kadencją, nie lubię podskakiwać na siodełku i widzieć upomnienia od Made-in-Taiwan.


Myślę, że pora na dokładny opis licznika, tak jak z pisaniem o zegarku (GARMIN 735XT – TUTAJ) czekałam kilka miesięcy tak i tutaj było czego się nauczyć, przeklikać ale warto, bo jakość treningów z Made-in-Taiwan bardzo wysoka, chyba podobnie stresująca jak jazdy z Made-in-German, bo ludzka pamięć bywa zawodna a systemowa, zapisana i jeszcze pokazana na wykresach pamięć licznika jest okrutna i nic nie przepuści….

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa