28 grudnia 2016

Turystyczna Barcelona – La Boqueria i Marina

Turysta widzi, co może zamówić w restauracji....fot. D.Szymborska


Lubię być turystką, taką co to przeczytała przewodniki – odrobiła zadania domowe, zerknęła na fora internetowe, podpytała znajomych i potem sobie zwiedza….. obok muzeów to restauracje, bary i kawiarnie są miejscami przeze mnie najczęściej odwiedzanymi.

La Boqueria to takie „Koszyki” co to mają nieprzerwaną historię. Z jednej strony targ pod dachem z drugiej oblegane przez turystów miejsce pełne malutkich barów. 

Pewno jakbym mieszkała w centrum Barcelony to bym miła znajomego pana sprzedawcę podrobów (wielki wybór) czy panią „od warzyw”, która by mi zostawiała najlepsze karczochy czy pory, ale w Barcelonie jestem tylko na kilka dni w roku, więc nikogo na targu nie znam. Jestem jak wszyscy inni tłoczący się w hali turyści, głodna, nerwowa, żeby mi nic nie ukradli.  Nic nie skradli, zjadałam jedne kalmary „w tytce” i poszłam do ulubionego baru z tapas w dzielnicy obok. Cóż tak to jest z miejscami reklamowanymi jako – "odwiedź koniecznie, serce Barcelony, prawdziwy klimat Katalonii" itp. Wszyscy to czytają i wszyscy tam przyjdą i to co było unikalną atmosferą się ulotni…a zostanie komercja... dla turystów.

Marina – tutaj jest ciąg restauracji – co ciekawe miałam całkiem dobre wspomnienia z ostatnich kilku lat, niestety dziś się rozczarowałam dość mocno. Czułam się jak w stołówce dla przyjezdnych. Atmosfera podobna do miejsc wybieranych na obiady przez przewodników wycieczek – ten, kto przyprowadził „gości” dostaje obiad za darmo i wynagrodzenie raz z miesiącu, a obsługa podaje „to co zawsze” czyli specjalność restauracji. Dodatkowo wśród stolików krążą sprzedawcy bransoletek, misek i kwiatów dla zakochanych. Dla to tych ostatnich. to może być najmniejszy problem – nie zauważają niczego, oprócz siebie nawzajem to mogą jeść cokolwiek i być obsługiwani przez kogokolwiek.

Ani w barcelońskich koszykach ani w Marinie tanio nie jest, tu i tu jest tłocznie, słychać łamany hiszpański – albo głośny w wydaniu amerykańskim albo troszkę bardziej cichy w wydaniu reszty świata. Każdy próbuje czuć się tak cudownie jak, ci co pisali o tych wyjątkowych miejscach w przewodnikach czy na blogach.


Moim zdaniem warto zaglądać do tych miejsc, czasem można mieć szczęście i dobre wspomnienia, część czuć się turystycznym nabytkiem lokalsów – przyjechał bo przeczytał, że warto, zapłacił i przepracuje dysonans poznawczy, uzna, że jak było drogo to na pewno to było warte takiej ceny. Potem opowie o tym innym i….kolejny przyjedzie….

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa