1 czerwca 2017

Pedant w kuchni – recenzja książki

Owszem blogi rządzą się innymi prawami niż książki kucharskie ale staranności nigdy za dużo....


Aaaa mi się też to zdarza, na szczęście rzadko, ale jednak, jak przejrzałam przepisy to będę musiała je uściślić, doprecyzować, uczynić z nich profesjonalną instrukcję postępowania w kuchni.

Coś takiego jak „szczypta” nie istnieje, podobnie „garść” a przyprawianie „do smaku” nie wiadomo czym jest. Zgadzam się z Julianem Barnes’em – albo jest przepis albo nie. Nie ma czegoś pośredniego, owszem można sobie poczytać i pooglądać opowieści kulinarne, ale nie warto według nich gotować, bo nie mamy żadnej pewności co z tego wyjdzie….

Przesadzam? Niekoniecznie. Nie cierpię niedomówień w przepisach, nie lubię się domyślać, chcę mieć jasną, przejrzystą instrukcję! Zupełnie mnie nie śmieszy, szef kuchni, który zerka do podstawowego przepisu, robi to po to by a) nie zajmować sobie głowy b) po to by jego dnie miało powtarzalny smak. On gotuje według receptur. Nie uważam, że jest rzemieślnikiem, twierdzę, że jest profesjonalistą.


Julian Barnes napisał krótką i barwną książkę o jego przygodach w kuchni. Świetnie się czyta i myślę, że lektura tej pozycji przydałaby się wielu osobom przygotowującym przepisy. Barnes jest bardzo krytyczny, nie uznaje niesprawdzonych przepisów, jest nieufny w stosunku do wszystkich celebrytów, którzy wydają książki kulinarne.

Dawno nie zgadzałam się z autorem w 100%, a tutaj czuję, że myślimy podobnie – też zdarza mi się nabrać na zdjęcie w książce kulinarnej, potrafię zapomnieć, że to wcale nie musi być prawdziwa potrawa, że fotografia kulinarna rządzi się innymi prawami – ma wyglądać nie smakować.

Podobnie jak Barnes czytam przepis, aż go zrozumiem – niestety coraz częściej się okazuje, że a przepisach są błędy – a to składniki podane nie są potem wykorzystywane w procesie gotowania, albo odwrotnie – „coś” pojawia się w czasie przygotowywania, co nie było na liście do kupienia.

Nie jestem takim pedantem jak Barnes, pewno dlatego czasem przygotowuję niejadalne potrawy – bo podmieniam i improwizuje. Ktoś powie, świetnie – twórcze gotowanie. Odpowiem – z pewnością, ale jak ma się cały dzień na eksperymenty a nie jest się głodnym wieczorem. Im więcej gotuję tym bardziej doceniam stare książki kucharskie, takie bez obrazków z przepisami, które zanim tam trafiły były przygotowane wiele razy. W gotowaniu nie ma przypadków, to że coś się raz udało nie oznacza NIC.

Myślę, że warto kupić „Pedant w kuchni” zamiast kolejnej kuszącej śliczną okładką, albo znanym autorem książki kucharskiej, dobry przepis to skarb! Zapisujmy, pielęgnujmy i nie zniechęcajmy się datą wydania – kilkadziesiąt lat temu, książka kucharska była redagowana, przepisy gotowane po wiele razy a autor czy autorka  wiedział o czym pisze. Oczywiście wciąż ukazują się perełki – super przepisy – jednak przeważają, pozycje marne…


Pedant w kuchni, Julian Barnes, Świat Książki, Warszawa 2017

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa