24 lipca 2016

26 Bieg Powstania Warszawskiego – relacja

Nieblokujące nikogo selfie po biegu...


Ochłonęłam. Nie pisałam wczoraj, wolałam sobie wszystko przemyśleć. Chciałam napisać, że dla organizatorów to „piątka”, a dla biegaczy to „pała”. Ale pomyślałam, że sama nie cierpię odpowiedzialności zbiorowej więc, zostanę przy „piątce” dla organizatorów i dużym minusie dla wielu biegaczy.

Najpierw dobre rzeczy:
·      pakiet startowy można było odbierać przez kilka dnia, w samym centrum Warszawy – łatwy dojazd komunikacją publiczną, lub duży parking. Przemili wolontariusze, możliwość zmian rozmiarów w wybranej wcześniej bluzeczki.
·      Rozgrzewka przed biegiem.
·      Żeby wszystkim łatwiej się biegło organizatorzy wyznaczyli strefy startowe, do których już w momencie zapisywania się na bieg było się przyporządkowywanym. Miłą niespodzianką na miejscu było to, że na biegaczy czekało stado „zajęcy” – czyli tych, którzy prowadzili na zadany i zadeklarowany czas.
·      Każdy „zając” miał odblaskową bluzeczkę i baloniki. Start odbywał się falami, po to by uniknąć tłoku na trasie.
·      Ciekawa, ale wymagająca trasa była oznaczona co kilometr, a na mecie czekali przemili wolontariusze, którzy wieszali medale na szyi zmęczonych biegaczy, rozdawali wodę, banany czy napój piwnopodobny bez alkoholu.
·      Był też posiłek regeneracyjny, szatnie, depozyt, możliwość skorzystania z pryszniców. Jednym słowem bieg zorganizowany na tip top. 

Dziękuję!


Niestety tym razem zawiedli biegacze! 



Jak można ustawiać się na start w strefie do 40 minut i iść od pierwszego kilometra? (nie to nie była nagła kontuzja, tylko spacer zaplanowany), podobną bezmyślnością wykazywali się rodzice dziecka w wózku z małymi kółeczkami, zupełnie nienadającego się do pchania w biegu (to strefa 45 minut), do tego tłum optymistów, którzy nie pozwalali biec tym, którzy byli przygotowani do biegu na zadany czas. Tak nie może być! To jest niebezpieczne, denerwujące, a przede wszystkim bardzo utrudniające bieg innym! Po to są strefy żeby biec na zadany czas. Ja pomyliłam się o 3 sekundy w stosunku do strefy w której stałam. Myślę, że gdyby nie nerwowość i szarpany bieg na początku to zrealizowałabym dokładnie zakładany czas.  A po tym jak kilka razy byłam „podcięta” i cudem nie upadłam, jak musiałam krzyczeć do zasłuchanych w muzykę spacerowiczy, żeby się przesunęli, stwierdziłam, że to nie i tak nie był bieg po życiówkę, tylko taki, który chciałam przebiec, to nie ma sensu się przepychać. Tyle, że taka sytuacja w ogóle nie powinna mieć miejsce. Po to są wyznaczone strefy, żeby ułatwiać biegaczom osiągnięcie wymarzonych wyników, a nie po to by „zając” przepychał się w tłumie wlokących się biegaczy, których nie powinno być w tym miejscu. Oczywiście, że zdarzają się kontuzję, konieczność zwolnienia – tyle, że tacy biegaczy to  może 1% a reszta to…no właśnie, kto? To nie są osoby, które zasługują na medal, to utrudniacze, to trutnie, a może po prostu głupi ludzie, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, że tak się nie biega! Limity, naklejki, strefy i „zające” to wszystko jest po to by WSZYSTKIM biegło się lepiej.

Dla mnie najlepszym rozwiązaniem jest to, że o kwalifikacji do danej strefy nie będzie decydował sam biegacz czy biegaczka, tylko wyniki, jakie wcześniej udało się osiągnąć. Jeżeli potrzebuję 60  minut do przebiegnięcia 10 kilometrów to nie dostanę naklejki, przydziału do strefy na 40 minut. Ot to takie proste. Pewno, będzie to krzywdzące dla debiutantów, bo tacy trafią do ostatniej strefy, ale coś za coś. Deklaracja to jedno, a wyniki to drugie. Wiem, że taki system działa! Tak jest w Berlinie, gdzie ponad 42 tysiące osób biegnie w strefach czasowych, jeżeli to pierwszy maraton, to dostaje się przydział do ostatniej strefy. Jeżeli możemy się pochwalić wynikami z innych biegów to z automatu dostajemy się do szybszej strefy.

Jeszcze jedno, ja też lubię zdjęcia z mety, selfi super sprawa, tyle, że robię je tak, żeby nie blokować drogi innym. Wczoraj nie mogłam wbiec na metę, przepychałam się, żeby „odbić” chip bo biegacze stanęli 5cm po przekroczeniu linii mety…

Świetnie zorganizowany bieg, ale niestety zepsuty przez samych biegaczy. Szkoda.

Ze swojej strony nie wykazałam się „taktem”, bluzeczka, którą planowałam ubrać okazała się niedoprana i wychodząc z domu ubrałam „pierwszą lepszą” – akurat z Berlińskiego Maratonu. Zwyczajem jest, że przed biegiem uczestnicy śpiewają Rotę, ile się nasłuchałam za plecami swoimi, że Niemcy, że Krzyżacy – wolałam nie wdawać się w kłótnie i udawać, że nie rozumiem….

Wciąż wolę myśleć, że biegacze to otwarte, sympatyczne środowisko ludzi, którym zależy na wynikach, dobrze odbytych treningach i radości z samego biegania. Może ci, którzy tak się bezsensownie ustawiali, blokowali i utrudniali bieg, zwyczajnie o tym nie pomyśleli?

O butach to jeszcze będzie, bo są super szybkie i pianka, z której są wykonane jest magiczna! fot. T.



Byłam 206 kobietą na 2750, które ukończyły bieg, 90 w swojej kategorii wiekowej. Stałam w strefie III – na czasy od 45.00 do 49.59, pobiegłam na 50.02.

2 komentarze:

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa