20 lutego 2014

TIMEX T5K287 - recenzja

Mój Ironmenowy TIMEX fot. D.Szymborska
Cóż za wdzięczna i łatwa do zapamiętania nazwa zegarka. Dla mnie to „ten niebieski”. Mam go już ponad miesiąc więc wyrobiłam sobie o nim zdanie.

 Zacznę od tego, że teraz nie pozostaje nic innego jak wygrać w Kona bo Chrissie Wellington właśnie taki zegarek zwykła nosić.

Zacznę od tego co jest zdecydowanie mniej techniczne ale równie ważne: sportowy, ba triathlonowy zegarek, który nie wygląda śmiesznie na ręce gdy jest noszony na co dzień. Uwielbiam Run Trainer’a, nie wyobrażam sobie zawodów biegowych w których bym bez niego wystartowała, uwielbiam dokładność pomiaru, pewność i to, że mogę monitorować prędkość, założony dystans i puls. Jednak Run Trainer 2.0 wymaga ładowania, a co z estetycznego punktu widzenia nawet ważniejsze wygląda śmiesznie na kobiecej ręce gdy jest noszony na co dzień. To trochę tak jak noszenie biegowych ciuchów cały czas bez względu na okazję – śmiesznie prawda. 

T5K287 jest zegarkiem sportowym ale na tyle małym, że nie wygląda komicznie, on nie sprowokuje rozmowy o bieganiu – niebieski plastikowy i świeci, ot tyle. Tyle o samym wyglądzie. Teraz czas na funkcjonalność. Nie będzie tego za dużo. Pokazuje czas, ma fajny stoper włączany przez „tapnięcie” czyli stuknięcie w ekran, ma kilka alarmów, odliczanie czasu, podświetlenie. Tak naprawdę podstawowe rzeczy, które przy codziennych treningach zupełnie wystarczają. Jak mam w domu jechać na trenażerze przez 1.5h to nie potrzebuje niczego innego niż odliczania czasu, T5K287 nieubłaganie pokazuje mi ile jeszcze tego pedałowania przede mną. 

Na basenie spisuje się idealnie, widoczny wyświetlacz i też wiem ile jeszcze czasu mi zostało. Dokładny stoper to, chyba najlepiej opisuje ten zegarek, owszem ma alarmy jedzeniowy i ten przypominający o piciu ale  mój organizm sam o siebie dba i przypomina, oj przypomina więc tych funkcji nigdy nie używałam.

Z racji prostoty nie ma zgrywania „na komputer” – jak chcę mogę sobie spisać wyniki bo zegarek ma pamięć, jak nie to zapiszę na nie kolejne treningi.

I ta świadomość i Wellington miała taki sam na ręce jak wygrywała Ironmana, ten mały znaczek….ehhh to są właśnie te szczegóły, które tak cieszą.

Zegarek nie zrobi za mnie treningów jednak ja mogę zrobić treningi z takim szałowym zegarkiem i czuć się jeszcze bardziej TRI.. to czemu nie!


Cena zegarka to około 300PLN – w proporcjach jakości do ceny wysoka nota. Jak dla mnie to idealny prezent na dzień kobiet, kobiet biegających oczywiście, nie wspominając o kobietach triathlonowych….

5 komentarzy:

  1. Polecam pobiegać z jakimś Garminem, rzucisz tego Timexa w kąt:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pewno kwestia przyzwyczajenia, biegałam raz z Garminem, takim wypaśnym - zapłaciłam kaucję w GURU Sport i....nic nie działało tak jak zwykło działać...i nie rzuciłam mojego Timexa w kąt..... a jeszcze Polar się czai... nie wspominając, że mam sentyment do SUUNTO z którym zaczynałam swoje bieganie....

      Usuń
  2. Osobiście jestem zwolenniczką Polara, którego mam od kilku lat i jestem bardzo zadowolona. A co to tego Timexa mam pytanie, bo tego nie udało mi się wywnioskować z tekstu - on mierzy hr? Czy trzeba opaskę dokupić oddzielnie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ten nie ma opcji HR - to naprawdę dobry stoper z dotykowym ekranem i możliwością odmierzania czasu (timer).

      Usuń
  3. Przymierzam się do kupna jakiegoś sikora :] mój wcześniejszy Timex rozleciał się na zapięciu, więc średnio miło go wspominam :( Timex'y z kolei wydają mi się czytelniejsze od Garmin'ów, a to w sumie dla mnie najważniejsze. Szybki look na tarczę i wiem gdzie jestem. Cała reszta to trochę niepotrzebny bajer skoro i tak używam GPS :) a pomiar tętna to jeszcze inna opowieść :)

    OdpowiedzUsuń

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa