25 lutego 2014

Col Margherita – 2513 – dodatkowy trening i co mam w plecaku

Wagonik w tle nie ma Szczękiego fot. D.Szymborska
Dziś miało być spokojniej, basen rano, po południu rower. Jak spokojny poranek to stwierdziłam, że tak zwyczajnie turystycznie wjadę kolejką na Margheritę bo na pewno widoki będą super. No to pojechałam. Za kolejkami linkowymi nie przepadam, z dwóch powodów po pierwsze oglądnęłam za dużo filmów z James’em Bond’em i Szczękami, po drugie zatykają mi się uszy i to jest dość bolesne. Widoki to widoki. Wsiadłam do kolejki, szybki wjazd – nie było Szczękiego. Oblazłam szczyt, zdjęcia porobiłam. Wypatrzyłam super trasę zjazdową dla samobójców, mniej więcej na to wskazywał regulamin, który wisiał przy wjeździe. I wtedy spotkałam tutejszego „goprowca”, zapytał się czy chcę się przejść kawałek bo on musi sprawdzić czy na pierwszych około 500 metrach nie ma jakiś utrudnień. W to mi graj. Nie ma jak podobieństwo hiszpańskiego do włoskiego, owszem chwilę to zajęło ale się dogadałam, że oczywiście, że bardzo chcę się przejść. Przejście okazało się prawie biegiem, pan „goprowiec” poruszał się super szybko, fajnie było jak szliśmy z górki, ciężej było pod górkę. A miało być spokojnie. Z drugiej strony to inaczej bym się tak nie przeszło/przebiegła. Jest okazja to się z niej korzysta. I tym sposobem zamiast robić zdjęcia zrobiłam trening. Niby krótki ale nogi bardzo bolą, bo zwyczajnie nie miały kiedy wypocząć.

Col Margherita fot. D.Szymborska

Col Margherita fot. D.Szymborska

Col Margherita fot. D.Szymborska

Col Margherita fot. D.Szymborska


Jakiś czas temu widziałam co inni biegacze biorą ze sobą na treningi to pomyślałam, że i ja zrobię zdjęcie tego co ze sobą taskam. Nie ma tego wiele. Woda w małej butelce, batonik z ziarnami, owszem można się krztusić (mam wodę) ale przynajmniej się nie rozciapciuje, mapa (bardziej narciarska niż biegowa ale wolę taką niż nic, a GPS w górach czasem wariuje), GoPRO, portfel z dokumentami i pieniędzmi, opaska SOS z danymi moimi, mam jeszcze telefon ale nim robiłam zdjęcie to go nie ma. A jeszcze bym zapomniała krem ze szminką – walczę z tą moją czerwoną od słońca buzią i rozgrzewacze jednorazowe (nigdy ich nie użyłam ale wolę mieć). To tyle i aż tyle bo wystarcza.

Moje wyposażenie biegowo/żywieniowe fot. D.Szymborska



I znów jest południe a ja czuje się zmęczona jakby była siedemnasta co najmniej….

4 komentarze:

  1. Ja to jeszcze zawsze na wszelki wypadek biorę małą buteleczkę płynu do soczewek.

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja biorę zawsze mp3 (dla rozrywki jakby mnie ochota naszła) i obowiązkowo chusteczki higieniczne (niestety, zawsze potrzebne) i bandaż elastyczny. :D - tak, na wszelki wypadek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. co do chusteczek, to już o tym kiedyś pisałam - ja biegam nie używam. I wolę się nie wdawać w dyskusję na temat estetyki, jest jak jest. Co do bandaża - to cóż uważam, że mi i tak nie pomoże, wolę mieć telefon i mieć małą nadzieję, że będzie zasięg jak coś mi się stanie. Acha zawsze mówię, gdzie biegnę, żeby jak coś wiadomo było gdzie mnie szukać...

      Usuń

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa