23 grudnia 2015

Badania wydolnościowe. Robić czy nie?

Selfie wydolnościowe


Wiosną 2013 zrobiłam pierwsze badania wydolnościowe (relacja TUTAJ). Było drogo i męcząco. Na koniec dostałam coś szumnie nazwanego raportem, co było ustandaryzowaną prezentacją PP z wklejonymi moimi danymi. A miałam obiecane wskazówki treningowe, poprawę jakości biegania, wiadomości o swoim organizmie. Od tego czasu do badań wydolnościowych podchodziłam z dystansem, ktoś się zachwycał, to opowiadałam o swoich doświadczeniach, złych, rozczarowujących i poczuciu wyrzuconych pieniędzy.

A teraz, z Festiwal Biegowy dla swoich ambasadorów miał prezenty, badania wydolnościowe w Sportslab. Pakiet standard. Warto było się sponiewierać na bieżni!

Badanie składa się z trzech części – chwila szczerości na wadze z pomiarem tłuszczu i mięśni. Mierzona jest masa mięśni w kończynach. To istotne dla tych którzy wracają po kontuzji do treningów, można sprawdzić ile mięśni ubyło, nad czym trzeba będzie pracować.

Część druga to rozgrzewka na bieżni. To chyba najprzyjemniejsza część. Człowiek sobie truchta i słucha o tym co się będzie działo. I zaczyna się denerwować.

Próba wysiłkowa polega na tym, że biegnę z zadaną prędkością przez 2 minuty, potem prędkość jest zwiększana na kolejne 2 minuty, i tak sobie pędzę na tej bieżni, aż odmówię dalszej współpracy. Wtedy test się kończy. Mam na twarzy maskę. Wyglądam idiotycznie i wcale nie jest przyjemnie, bo tak jak początek testu to zwykły trucht tak koniec to już poczucie braku powietrza w plastikowej masce. Potem jeszcze chwila marszu, żeby w głowie się nie kręciło.


Nie mieli różowych maseczek, tylko niebieskie....


A teraz najważniejsze dla mnie, zaraz po badaniu, prowadzący omawia ze mną wykresy. Wszystko wyjaśnia. Tłumaczy, jak warto biegać żeby schudnąć, omawia zakresy, wreszcie zachęca do powtórzenia badania za kilka miesięcy.

Pocztą dostaję plik, w którym mam nie tylko wytłumaczone pojęcia, ale też wskazówki dotyczące treningu.

Dużo się o sobie dowiaduję, w ciągu dwóch lat poprawiłam VO2max czyli maksymalną ilość tlenu jaką mój organizm może pochłonąć w jednostce czasu. Udało mi się obniżyć HR czyli częstość skurczów serca na minutę – mam niższe spoczynkowe i maksymalne – oznacza to, że wygimnastykowałam mięsień serca przez te dwa lata.

Wreszcie otrzymuję wskazówki jak trenować, czyli to co przyda mi się w przygotowaniach maratońskich. Do pełni szczęścia brakuje mi testu wydolnościowego przeprowadzonego na rowerze, żeby jeszcze lepiej ułożyć swoje triathlonowe treningi.


Teraz gdy ktoś zapyta mnie o test wydolnościowy, czy warto? Odpowiem tak, tylko trzeba dobrze trafić. Osoba z pasją, wiedzą i chcąca wytłumaczyć, co tak naprawdę dzieje się naszym organizmie pomoże w lepszym dobraniu treningów. Pewno, że dobrze mieć dużo danych, wykresów, informacji tylko trzeba z nich zrobić mądry użytek inaczej są do niczego nie potrzebne!

4 komentarze:

  1. Czyli są fajne badania :) wydolnościowe, tylko właśnie - z kimś, kto potrafi je przeprowadzić i wytłumaczyć. Co do tej magicznej wagi badającej skład procentowy, ja jestem bardzo sceptyczny co do wyników, ale może ktoś mnie kiedyś do tego przekona :)
    VO2max, tu byśmy się chętnie przebadali, ja i moja astma też ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz z wagą mam podobnie jak jest niska to jej wierzę, jak wysoka to uważam, że błąd pomiaru nastąpił....
      Z astmą to może być wyzwanie, bo nie wiem czy lepiej sięgnąć po dysk czy biec do czasu gdy organizm powie stop....zapytam przy kolejnym badaniu..

      Usuń
  2. Jasne, że robić. Badania wydolnościowe są potrzebne, aby ustalić swoje aktualne możliwości i drogę do następnego poziomu. Nawet amatorzy biegania, mogą wykonać taki test po 1-2 latach treningu, aby dowiedzieć się, jak wygląda ich ciało pod względem składu, tłuszczu, masy mięśniowej oraz wyznaczyć strefy treningów. Myślę, że wcześniejsza wizyta nie ma sensu. Pozdrawiam, Kamil z http://bieganieuskrzydla.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miły komentarz. Mam ogromną prośbę by nie wklejać reklam swojego blogu w komentarzach. Kolejną reklamę skasuję.
      Pozdrawiam serdecznie
      Dota

      Usuń

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa