17 grudnia 2013

Bieżnia mechaniczna = koszmar

Przez szybę…fot. D.Szymborska
Na dworze zimno, obskurnie ale i tak wyjdę na trening. Jest plan do wykonania, a bardziej do wybiegania. Jest też bieżnia mechaniczna często ustawiona przy oknie w klimatyzowanej siłowni, z telewizorkiem, z milionem możliwości treningu, z guziczkami, z miejscem na bidon, wbudowanym pulsometrem, wyliczeniem spalonych kalorii. Czego to w niej nie ma…..sama najnowocześniejsza myśl techniczna.

Nie ma w niej: zapachu lasu, chrumkających dzików o poranku, widoków gdy już na górkę wbiegnę, radości. Tego w niej nie ma. 

Jest za to możliwość oglądania telewizji. Metodycznego uderzania nogami w przesuwającą się taśmę. Informacji o przebiegniętych kilometrach. Pewno chomik by się cieszył, choć podobno woli takie kółko kręcące bo można więc podbiegów zrobić.

Dla mnie bieżnia to ostateczność. Kilka lat temu postanowiłam sobie, że na bieżnię będę chodzić zimą jak będzie więcej niż minus 18. Na szczęście w czasie kiedy wychodziłam na treningi to jeszcze mi się nie przydarzyło.

Inne powody wejścia na bieżnię to – brak czasu i znajomości terenu a konieczność wykonania treningu w jakimś obcym mieście. Ostatnio biegałam w Gdańsku, trening zrobiłam, zeszłam z bieżni w głowie mi się zakręciło i ucieszyłam się, że jestem już po treningu…bo to wcale łatwe bieganie nie było. Telewizja rozpraszała, za nim nie wyłączyłam sobie tv to o mało bym się „wkręciła” aż za bardzo i krążyła jak placek razem z bieżnią.

Biegam dużo, a na palcach jednej ręki mogę policzyć treningi na mechanicznym potworze w ciągu ostatnich lat. Teraz mi się jeszcze przypomniał trening w Katowicach, zeszłej zimy. Wybrałam bieżnie bo dzień wcześniej jak biegałam to zaczepiało mnie dużo żuli i na „kołowrotku” czułam się bezpieczniej.

Treningów na bieżni mam tak mało, że większość pamiętam, zwykłe treningi po prostu biegam, wpisuję do arkusza i zapominam. To plus bieżni – pamiętam co i gdzie biegałam.

Będę kończyć bo wyszło prawdziwe a nie telewizyjne słońce i trzeba iść pobiegać!


Bieżnia na zdjęciu to dla mnie smutny obraz. Pokazuje piękny świat, las tyle za szybą. Niedostępny dla biegacza bieżniowego…. To tak jak jedzenie cukierka przez papierek….

2 komentarze:

  1. Chóry anielskie mi zaśpiewały, że nie tylko ja niczym lwica bronię sensu biegania tego prawdziwego, w terenie (nawet jeśli to miałoby być miasto), a nie w zamkniętym pomieszczeniu. Nie rozumiem jak ludzie po 8h siedzenia w zamkniętym pomieszczeniu, z własnej nieprzymuszonej woli skazują siebie na kolejne takie pudełko, tyle tylko że z kołowrotkiem. Kiedy tyle pięknego świata, tyle nowych ścieżek tuż za rogiem do odkrycia. Kołowrotkowi mówię stanowcze i dozgonne NIE. Z jednym wyjątkiem - jeśli ktoś ma faktycznie problemy z nogami, kręgosłupem, czy jest po jakiejś operacji i bieganie w terenie może mu zaszkodzić, to bieżnia wtedy jest bardziej jako urządzenie rehabilitacyjne.

    A poza tym gratuluję pierwszego miejsca w kategorii po pierwszej rundzie :D.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bieżnia zimą to dla mnie jedyny ratunek. Nie znoszę biegania po chodniku, między ludźmi, brrr katorga, a jak wychodzę z pracy jest ciemno. Przecież nie będę czekać do weekendu by sobie po parku pobiegać, albo jechać przez pół miasta w poszukiwaniu parku z oświetleniem. I nie rozumiem ludzi, którzy nie rozumieją tego że ktoś może lubić bieżnię. Sama nie przepadam, ale się nie wtrącam, bo nie każdy jest fanem "pięknego świata, tyle nowych ścieżek tuż za rogiem do odkrycia".

    OdpowiedzUsuń

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa