7 października 2015

Jak Karaś z Anglii do Francji płynął

Tak wygląda człowiek, który przepłynął z Anglii do Francji fot. D.Szymborska

Zimno, wiatr, 41 kilometrów, start w ciemnościach o 4 rano. Brr brzmi strasznie jak się pomyśli o takim bieganiu. Tyle, że Sebastian Karaś nie biegł, a PŁYNĄŁ.  Tym, którzy nie są pływakami długodystansowymi, trudno sobie coś takiego wyobrazić, ja się do tych zaliczam….. jakby tego było mało Sebastian płynął w średnim tempie 1:17 na 100 metrów. I co teraz? Jak żyć? Jak się zerknie na swoje czasy na basenie, gdzie ciepło, gdzie nie ma meduz, fal, słonej wody…..nic tylko iść na trening...

SportGuru zorganizował spotkanie z pływakiem, przyszło dużo ludzi, triathloniści – buty sportowe i duży zegarek z GPSem na ręce, pływacy – wielkie bary i basenowy zegarek, dziewczyny – ładny makijaż, bo Sebastian jest bardzo szybkim i przystojnym pływakiem. Był tłum. Dużo emocji a przede wszystkim cudowna opowieść o nadludzkim wysiłku i wielkim sukcesie.

Widziałam kilka filmów dokumentalnych o pływaniu długodystansowym. Sztab ludzi pracujący na sukces jednego pływaka. Lekarz, fizjoterapeuta, dietetyk, trener... Do tego ekipa telewizyjna. A Sebastian? Sebastian mógł liczyć na swoją dziewczynę i przyjaciół. To był jego zespół.

Karaś przez 11 miesięcy przygotowywał się do startu, godzinne kąpiele w wodzie z lodem, kilkugodzinne treningi, przepływanie w wodach otwartych 13, 17 kilometrów, start w zawodach pływackich – Hel – Gdynia. I tycie. Sebastianowi zależało na tym by nabrać tłuszczu, żeby…..żeby było mu choć troszkę cieplej, bo temperatura wody w Kanale miała około 15 stopni. By przepłynięcie z Anglii do Francji zostało uznane przez sędziów pływak może mieć na sobie: czepek, okularki i kąpielówki. Pianki są zakazane!

Najpierw oglądnęliśmy film, a potem zaczęła się dowcipna opowieść o takich wypadkach, które zdarzają się w czarnych komediach, a nie w tak wielkim wyzwaniu sportowym.



Sebastian miał mieć super pokój z widokiem na Kanał, przyjechał z Emilką (dziewczyną) do Dover i okazało się, że pokój owszem jest z widokiem, nawet może w stronę Kanału tyle, że jest oddalony był o 30 kilometrów. Sebastianowi zależało na codziennych treningach, a nie poznawaniu Brytyjskiej komunikacji miejskiej. Przeprowadzili się do hostelu, który był blisko portu. Sebastian trenował, woda była bardzo zimna, a prądy silne. 

Start został wyznaczony na godzinę 4 rano, bo wtedy prądy były troszkę słabsze.

Wszystko odbywało się pod okiem dwóch sędziów, którzy jak opowiadał Sebastian i jego ekipa, byli doskonale znudzeni, ot śmiałków którzy chcą dopłynąć nie brakuje. Większości pływaków to się nie udaje, część umiera. Sędziowie taką pracę mają. Wstać w nocy, iść na kuter i obserwować i notować. O której start – z plaży w Anglii, o której i co podane do jedzenia Sebastianowi, wreszcie o której staje na suchym miejscu na Francuskiej plaży. Dniówka sędziego....

Żeby wszystko odbywało się zgodnie z regulaminem, Sebastian w nocy musiał być zaopatrzony w lampki. Po tym jak jego ekipa nasmarowała go prawie kilogramem wazeliny, która choć trochę miała go chronić przed zimnem, okazało się, że lampki przywiezione z Polski nie działają. Ani rowerowa silikonowa, którą Sebastian miał mieć przyczepioną do czepka – nie świeci, ani dwie ledowe, które miały palić się przez 8 godzin – nic. Ciemność. Sędziowie stwierdzają, że to już można wracać do domu. Na szczęście ekipa z kutra, który miał płynąć obok ma latarki. Magiczna konstrukcja – Sebastian „świeci” – sędziowie akceptują takie oświetlenie pływaka. Po kilku minutach lampki odpływają….ekipa Sebastiana świeci latarkami, tak by pływak widział swoją rękę w wodzie. Wieje, jest zimno tym co na kutrze, rękawiczki, czapki, kaptury. Sebastian w wodzie. Sędziowie zachwyceni jego techniką i nawet lekko zainteresowani, jak długo pływak będzie tak „ładnie” płynął.

Sebastian miał obmyślany plan żywieniowy. Co 20 minut jedzenie – napoje, żele i najsmaczniejszy napój truskawkowo owsiankowy. Super plan, ale….. blender, który przywiózł przyjaciel z ekipy się spalił na kilka godzin przed startem. Dziewczyna Sebastiana rozgniatała płatki owsiane z truskawkami w prowizorycznym moździerzu zrobionym z pudełka i owiniętego w folię dezodorantu.

Pierwsze karmienie po 20 minutach, ekipa Sebastiana z wrażenia zapomina podgrzać napój, w lodowatej wodzie Karaś pije lodowaty izotonik.

Kolejne karmienia idą sprawnie. Pływak wie, że co 20 minut dostanie jedzenie. Utrzymuje piękne tempo. Płynie równo. Parzą go meduzy, chmary meduz. Łapią go skurcze. 

Po 5 godzinach i 40 minutach pojawia się kryzys. Sebastian opowiada, że płacze, ma dość, jest mu tak bardzo zimno. Chce wyjść z wody. Ekipa przyjaciół staje przed super trudnym wyborem. Nie wiedzą w jakim stanie jest Sebastian, nie wiedzą czy mogą go namawiać by płynął dalej, czy nie straci przytomności, czy jakby coś się działo uda się im go wyciągnąć z wody, uratować. Zostało mu jeszcze około 19 kilometrów do Francji. Przygotowują kartki motywacyjne, pokazują je Sebastianowi. Piszę, że niedaleko, że da radę. Obmyślają zupełnie nowe jedzenie, podają pływakowi czekoladę z gorącą wodą, siekają brzoskwinie z puszki i mieszają z izotonikiem. Jak opowiadają „karmią” go dużo częściej. Klaszczą w rytm jego ruchów, krzyczą do niego. Jak potem się okazuje Sebastian nic nie słyszy bo ma zatyczki w uszach. Najważniejsze jest to, że płynie dalej.

Pływak opowiada, że oddychał tylko na prawo, nie patrzył przed siebie, bał się, że jak wciąż nie będzie widział drugiego brzegu to jego psychika wyłączy mięśnie.

Gdy robi się zbyt płytko by kuter bezpiecznie płynął, sędzia schodzi do pontonu i płynie obok Sebastiana. Zostało mu kilkaset metrów. Nie można się jeszcze cieszyć, bo niektórzy właśnie już przy brzegu albo toną albo opadają z sił. Przy francuskich plażach są tak silne prądy, że można kilkaset metrów płynąć i przez dwie godziny.

Sebastian dopływa do czegoś co ciężko nazwać plażą – jest to kamienny brzeg. Zgodnie z regulaminem wychodzi o swoich siłach na ląd. Wraca do pontonu. Już po wszystkim. 

Ekipa przygotowała suche i ciepłe ubrania w pontonie, sędzia uznaje, że nie jego rolą jest ubieranie pływaka. On ma inną pracę, mokry i zziębnięty Sebastian wchodzi na łódź. Ekipa chce od razu zanieść go do kajuty. Kapitan się nie zgadza, bo Sebastian jest nasmarowany wazeliną i wszystko wybrudzi. Ekipa ubiera go w kurtki, spodnie, skarpety, dopiero wtedy wnoszą go do kajuty i zaczynają masować tak by jak najszybciej rozgrzać Sebastiana.

Rekordu świata nie było, bo trasa, którą płynął Sebastian była dłuższa. Przepłynięcie zostaje oficjalnie uznane przez sędziów. Trzeba wracać do Anglii. Z całej ekipy tylko Sebastian był we Francji, krótko bo krótko ale właśnie o to chodziło, a bardziej płynęło.

Wnioski: rewelacyjna kondycja, największa na świecie determinacja, cudowni przyjaciele i można przepłynąć Kanał La Manche. Jest jeden warunek trzeba się nazywać Sebastian Karaś.

Takie spotkania są najlepszą motywacją. Sebastian jest przemiłym człowiekiem, skromnym, szczerym. Trzymam kciuki za jego kolejne wyzwania, mówił coś o Kornie Oceanów…..


Film można zobaczyć TUTAJ

5 komentarzy:

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa