15 września 2015

Jeszcze jedna mila – recenzja książki Pam Reed

Warto przeczytać przed wyjściem na trening fot. D.Szymborska


-       Z Jimem trenowaliśmy trochę, poznałam go na basenie, potem razem jeździliśmy na rowerach, to były dobre treningi. Po kilku miesiącach razem ukończyliśmy Ironmana w Kanadzie, wtedy przyznali mi kategorię PRO.
-       Nie za bardzo wiedziałam w co się ubrać, wybrałam stanik sportowy, spodenki i bluzeczkę, pamiętałam o czapeczce, mówili, że nie dam rady. Wygrałam Badwater.
-       Ciężko uwierzyć, że choruję na anoreksję. Leczyłam się wiele razy, byłam w szpitalu psychiatrycznym, w specjalnych ośrodkach. Przed biegiem, który ma 80 kilometrów staram się pamiętać, żeby coś zjeść, najlepiej muffinkę popitą kawą. Jak biegnę więcej niż 160 kilometrów to piję na trasie, potem jak nie zapomnę to coś zjem.
-       Na mecie, to byłam średnio przytomna, nie spałam długo, przebiegłam 482 kilometry.


Mniej więcej podobnie Pam opowiada o wszystkich swoich osiągnięciach.

Pam jest kobietą! Z żelaza? Nie chyba z tytanu, albo bardziej z jakiegoś kosmicznego materiału, który nie wymaga dokarmiania i energie czerpie z powietrza!

Pam, cóż Pam jest tą, która przetrwa wszystko. Z ogromną skromnością opowiada o tym co działo się w jej życiu, przez te 230 stron staje się dobrą koleżanką czytelnika. Taką bardziej doświadczoną, wytrenowaną, dziewczyną z sąsiedztwa, która ot tak startuje w zawodach 24 godzinnych, albo akurat biegnie jakiś ultramaraton.

Jestem pod ogromnym wrażeniem możliwości fizycznych tej zawodniczki. Jej wyniki są REWELACYJNE, bo to właśnie ona WYGRYWAŁA na pustyni, nie w kategorii wiekowej, nie w kategorii kobiet tylko, po prostu PIERWSZA wbiegała na metę (Badwater)

Myślę, że książkę warto przeczytać, po to by przestać się rozczulać nad samym sobą. Że strzyknęło, że boli, że może pogoda nie dobra, że w basenie brudna woda, że pupa boli od siodełka….. te wymówi brzmią tak beznadziejnie, są takie….żałosne.

Każdy ma inne granice, cele, ale Pam pokazuje, że ten cel można troszkę przesunąć, nie trzeba od razu o 400 kilometrów, można o 2, 10 czy 30….

Myślę, że w dobrym momencie przeczytałam jej opowieść. Ja tu narzekam na te długie wybiegania przed maratonem, że monotonne, że takie nudne, że trzeba….. i z tym zamierzam skończyć…

Książka mi się ogromnie podobała, odebrałam ją jako bardzo motywującą, choć mam małe obawy, że dla niektórych czytelników i czytelniczek może być tak daleka od ich rzeczywistości, że jej przeczytanie odniesie odwrotny skutek. Takie myślenie - Pam jest wyjątkiem, to  nie jest normalna kobieta. Ja jestem inna, nie dam rady – może być usprawiedliwieniem do pozostania na kanapie z książką na kolanach. Oby tak nie było, bo Pam napisała o swoim życiu, po to by pokazać, że można zrobić tak naprawdę wszystko, a granice….zawsze można troszkę przesunąć….


Jeszcze jedna mila, Pam Reed, Wydawnictwo Galaktyka, Łódź 2015

1 komentarz:

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa