8 lutego 2013

Podsumowanie – Pieniny 7 dni biegania

Wąwóz Homole fot. spotkana turystka

Ostatni dzień biegałam po Pieninach. Dziś to nawet było trochę słońca – przez jakieś 15 minut. Nie rozumiem, myślałam, że to niemożliwe, żeby słońca nie było w górach, możliwe. Były za to śnieżyce, mgły.

Spokojny trening, cykanie zdjęć i radość z herbaty w bacówce. Super. Dziś nie padał już śnieg ale na szlaku zamiast normalnie biegać robiłam długodystansowo skipy A. Nic to było fajnie! Dużo nabiegałam, dużo pompek, gimnastyki, pływania. Nie planowałam natomiast crossfitu w postaci odśnieżania auta. Teraz w pełni doceniam zalety garażu. Jutro rano pewno też odśnieżę, tyle, że jutro nie biegam tylko jadę.

Podsumowując – bieganie w górach to cudowna rzecz! Jednak po tygodniu w ciągu którego 3 razy na szlaku spotkałam turystów (raz nie pomyślałam i nie poprosiłam o zdjęcie) stęskniłam się za innymi biegaczami! Tutaj sprawdzało się powiedzenie samotność długodystansowca. Samotność ciekawa, pozwalająca pomyśleć o sobie. Nie było hałasu, był szum wody. Nie było innych ludzi był szum wiatru. Z racji śnieżycy, mgły był też szacunek do gór. Zanim gdzieś pobiegłam wysyłałam SMS do T. z trasą, tak na wszelki wypadek. W plecaku oprócz picia miałam też folię, jedzenie, zawsze naładowany telefon i opaskę SOS z numerami telefonów.

Największym problemem okazało się odżywianie. Myślałam, że jedząc stołówkowe jedzenie, przygotowywane na miejscu będzie dobrze. Nie było. Mój organizm potrzebuje owsianki (rano), makaronu (obiad), świeżych sałat (obiad), wina (wieczorem). Czasem narzekam na to, że muszę zmywać, jednak zmywanie oznacza, że je się dokładnie to na co się miało ochotę! W niedzielę idę na warsztaty kulinarne – nagotuje się za ten tydzień stołówkowego jedzenia.

Myślę, że Jaworki, Szczawnica i Krościenko i z okolicami mam już zbiegane. Za rok w zimie pobiegam gdzie indziej. I może pokombinuję, żeby mieć dostęp do kuchni?! Wtedy suplementację miałabym inną.

Jestem zmęczona i zadowolona. Wybiegana, wypływana i cieszę się, że jutro wszystkie moje ciuchy wypierze pralka a nie moje ręce. Pranie ręczne to olbrzymi minus takich wyjazdów. Do listy życzeń na następny wyjazd dopisuję oprócz kuchni jeszcze pralkę automatyczną!

Bacówka fot. D.Szymborska

To sama wydeptałam fot. D.Szymborska

Pieniny fot. D.Szymborska

Moje ślady w śniegu fot. D.Szymborska

Zagubiona Hello Kitty fot. D.Szymborska

I tyle słońca było fot. D.Szymborska

7 komentarzy:

  1. Piękne są góry zimą... A do Pienin mam sentyment :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. piękne i trudne:) ale przecież o to chodzi:))

      Usuń
  2. Zimę lubię tylko w górach...
    Jedzenie stołówkowe nigdy nie spełniało moich oczekiwań.
    Jednostajne i nudne,bez dobrego zestawu witamin.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tutejsze nie było takie złe, tylko to nie jest to za czym ja przepadam....inna sprawa, że nie jestem pewna czy miałabym siłę coś "fancy" gotować...

      Usuń
  3. Ależ pięknie...
    A ja zawsze zazdrosciłam koleżankom że chodza na obiady w szkole. A na uczelni dołączałam do kumpli i zjadałam razem z nimi albo im z talerza. O takie zboczenie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to co innego jeść sobie czasem stołówkowe jedzenie....ale żeby tak dzień w dzień.... oj to za dużo (jak dla mnie)!

      Usuń
  4. Piękne widoki! Nieustannie Cię podziwiam :)

    OdpowiedzUsuń

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa