29 września 2013

40 Berlin Marathon – relacja

Przed maratonem fot. T.

Rekord świata. Piękny medal. Świetna organizacja. Cudowny doping. A będzie o tym jak porażka może być sukcesem. 

W piątek przyjechałam do Berlina żeby się ścigać. Trenowałam naprawdę dużo. Nie tylko biegi, brzuszki, ogólnorozwojówka. Cel był jasno określony (specjalnie nie piszę jaki, ale o tym później). Strefa E. Zasłużona wybiegana. Start w pierwszej turze. Zero zajęcy bo organizatorzy zakładają, że jak się biega szybko to „we własnym zakresie”. To akurat średnio mi odpowiadało. Dużo łatwiej jest gonić balonik niż sprawdzać międzyczasy. 

Jak to bywa na starcie „zapoznałam” dwóch miłych biegaczy. Japończyków. Ukłoniliśmy się sobie, ustaliśmy, że biegniemy razem. Punktualny start. Wszystko na tip top. Łazienki przy linii startu, ciepła bluza z kapturem, skarpetki w kropki na rękach, extra woda mineralna i banan. Uśmiech na lekko zestresowanej twarzy. Biegnę z Japończykami. Jest szybko, przyjemnie. Aż do 15K. Wyrżnęłam. Przy wodopoju było ślisko. Zaryłam. Japończycy się ze mną zatrzymali. Podnieśli, jak spod ziemi znalazł się medyk. Obejrzał, powiedział, że rozmasuje to może nawet siniaka nie będzie bo skóry sobie nie zdarłam bo biegłam w getrach ¾ i CEPach. Wyłam w czasie masażu. Japończycy czekali. Powiedziałam, żeby chłopaki nabiegali dobry czas i bardzo im podziękowałam. Ukłonili się i pobiegli. 

Doktor sprawdził co ze stawem biodrowym, powiedział, że ok. Natomiast po masażu ostrzegł mnie, że jeżeli mięśnie będą dziwnie swędzące to znaczy, że dzieje się coś niedobrego i mam zejść z trasy. Płakałam a bardziej wyłam. Po części z bólu po części z wściekłości. Zaczęłam biec, chciałam wrócić do normalnego, zaplanowanego tempa. Przed 5K próbowałam się rozpędzić. Nie dawało rady. Noga biegła ale nie tak jak ja chciałam. 

Dobrze, że miałam ciemne okulary bo wyłam już normalnie. Truchtałam, wyciągnęłam przedpotopową Nokię. Zadzwoniłam bo musiałam komuś opowiedzieć co się dzieje. Nie mogłam złapać oddechu. Histeria była konkretna, do telefonu powiedziała, że upadłam, że nie zrobię czasu i że jest strasznie. I tyle. Musiałam to komuś powiedzieć, po to by postanowić, że porażka czasowa może oznaczać jeszcze większy sukces – UKOŃCZENIE maratonu. Uspokoił mi się oddech, przestałam płakać. Biegłam spokojnie, przy każdym wodopoju zwalniałam i szłam – nie chciałam powtórki z 15K. Nie było ściany, nie było problemów, były uśmiechy do ludzi, przebijanie piątki. Czas na mecie, taki jakim nie zamierzam się chwalić, ale się go nie wstydzę bo bieg ukończyłam i pokazałam samej sobie, że jestem mocna. 4.11.01 – jak na długą przerwę techniczną na 15K to całkiem OK, jak na to co planowałam to bardzo źle.

Sam bieg, jak to Berlin CUDOWNY! Rewelacyjny doping, cudowne bębny po których dźwięku ciarki przechodzą po plecach, orkiestry jazzowe, dęte, a wreszcie sami mieszkańcy robiący imprezy na balkonach – Ramstain z 1 piętra – rewelacja.

Ostatnie kilometry to taki doping, że nie można było nie biec. Na mecie żartowałam, że za rok to po biegnę w koszulce „Dota de Denmark” bo Duńczycy mieli tak rewelacyjną ekipę kibicującą, że się w głowie nie mieści.

Jak rok temu siedzę w aucie, nogi bolą ale nie tak bardzo, no prawa bardziej. Na szyi medal – tak, na stacji benzynowej do łazienki też chodzę z medalem….a wcześniej piłam piwo siedząc w bluzeczce FINISHERa – należy mi się!

Mam nauczkę, przy punktach z wodą, izotonikami będę zwalniać, mogę stracić 10 sekund a nie zaprzepaścić cały bieg….

Po maratonie fot. T.

6 komentarzy:

  1. Gratuluję! pokazałaś klasę - wstać po upadku i się nie poddać - coś pięknego. Brawo brawo! szybkiej regeneracji życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zainspirowałaś mnie do zabrania się za siebie! Dla takich momentów jak ten warto trenować. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Przede wszystkim gratuluję! A od siebie dodam, że na czwartkowym treningu wieczorową porą również "złapałam zająca" - chciałam ostrzec mojego chłopa przed kałużą, a nie zauważyłam wystającej studzienki i... mam dziury w łokciu i kolanie. Na szczęście nic poważnego się nie stało, chociaż po zdjęciu ubrań po powrocie do domu (bo oczywiście wstałam, się otrzepałam i pobiegliśmy dalej) ukazał się obraz nędzy i rozpaczy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratulacje! Ogromne!

    Następnym razem zamiast z powrotem do PL zapraszam do mnie, na bieganie z trepami ;) z Berlina jedzie się do mnie 5h porządną niemiecką autostradą ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratuluję! Czas miałaś taki przez okoliczności jakie spotkały Cię na trasie. To super wynik!
    Zachowałaś się jak prawdziwy sportowiec, nie poddałaś się, biegłaś dalej, nie poddało się Twoje ciało i Twoja głowa. Wielki szacunek za to że nie wstydzisz się przyznać do łez. Póki co maraton jest dla mnie nieosiągalny, podziwiam wszystkim którzy dobiegli do mety.

    OdpowiedzUsuń
  6. Szkoda tej wywrotki :( na punktach odżywczych było niebezpiecznie - na jednym mnie tak biegacz podciął że prawie leżałem! Gratulacje ukończenia!!
    A organizacja nie była idealna... na przykład wiele osób (chyba 7-8 tysięcy!) nie dostało medalu bo nie dowieźli ich... Pisali o tym i przepraszali potem.

    OdpowiedzUsuń

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa