26 kwietnia 2015

Orlen Warsaw Marathon – 10km – 91 kobieta na mecie to ja


Przed biegiem fot. M


Przed startem poszłam po akredytację prasową, dostałam opaskę i zaproszenie na obiad i drugie śniadanie (z którego w końcu nie skorzystałam, ale zawsze miło). Potem rozgrzewka w strefie czasowej. Aż trudno w to uwierzyć, że w kilkudziesięcio tysięcznym tłumie udało mi się spotkać koleżankę, Marta dziś była kibicką i jak zwykle zrobiła mi śliczne zdjęcie - dzięki!

Dziś miałam biec na 47.30 – śmieszny czas, ale wykonalny, wpisujący się w moje treningi, a jednocześnie nie wykończający na tyle, że jutro będę miała siłę na trudne pływanie.

Dwa zające na ten czas. Trochę jak w bajce o Michałach, jeden duży drugi mały. Mały zaplanowany miał negative split – czyli, pierwsza połowa wolniej, druga szybciej. Drugi z nogami do metra piędziesiąt planował równe tempo. Negative split mnie nie przekonuje, wiem, że wielu biegaczy tak bije życiówki, ale ja wolę wiedzieć, że trzymając zadane tempo osiągnę wynik, nie martwić się o to czy będę miała siłę przyśpieszyć w drugiej części wyścigu.

Zając Andrzej na starcie miał pod swoją opieką z 10 osób. Dwie nas zostało na 9 kilometrze i usłyszałyśmy, że mamy przyśpieszyć. To przyśpieszyłyśmy - czas na mecie to 46.25, z uśmiechem i o to chodziło!

Punktualny start, to lubię a tego co było potem zdecydowanie nie lubię. Przez 10 kilometrów wyprzedzałam. Jestem bardzo zła na innych biegaczy, jaki sens ustawiać się na czas poniżej 40 minut by być wyprzedzanym na pierwszych 500metrach przez tych co biegną na 47.30!?


Prawie jak all inclusive fot. D.Szymborska


Był pan z małym synkiem na 700m, byli tacy co przechodzili do marszu na 1 km, wszyscy uniemożliwiali bieg w równym tempie. Zając Andrzej należał do wysokich i super przepychających się.

Jestem pełna uznania, ani razu nie zaklął, nie wściekał się, na tych nieodpowiedzialnych biegaczy i biegaczki. Tak słowo nieodpowiedzialny jest tutaj na miejscu. Jak się nie umie szybko biegać to się nie staje w szybkiej strefie - to takie proste!!!

Organizatorzy OWM, stworzyli strefy, byli wolontariusze pilnujący by każdy według swojej naklejki ustawił się w odpowiedniej strefie. Wykonali super robotę, tyle, że "optymistycznie" nastawieni biegacze nakłamali i pobrali naklejki, które im się zupełnie nie należały. 

Zaczynam rozumieć organizatorów, którzy wymagają wykazania się wynikiem z wcześniejszego biegu by dostać „wejściówkę” do szybkiej strefy. Oczywiście uderza do w debiutantów, którzy muszą ustawić się w wolnych strefach, ale w kolejnym biegu będzie im łatwiej. Takie zasady obowiązują w Berlińskim Maratonie i to rozumiem, nikt nie przeszkadza szybkim biegaczom. 

Pisałam o tym przy okazji PZU PółmaratonuWarszawskiego – tam było jeszcze na dodatek naprawdę wąsko na starcie i łokcie były w ruchu. Na tym nie polega bieganie. Rozumiem, że można osłabnąć na 7 kilometrze, coś może się przydarzyć ale, nie na pierwszych kilkuset metrach! Do tego im dalej od elity stoimy tym w gorszej sytuacji jesteśmy. „Optymistów” jest tyle do wyprzedzenia, że ciężko myśleć o swoim biegu trzeba uważać, żeby się nie potknąć, wołać "lewa", "prawa". To nie jest komfortowe bieganie, dla nikogo, zarówno tych co nie oszukują i ustawiają się tam, gdzie powinni jak i dla tych, którzy wyprzedzani są przez  setki innych biegaczy.

I tak można o tym pisać i pisać, a z biegu na bieg jest gorzej. Więcej biegaczy przeceniających swoje możliwości….

Tyle w temacie innych, teraz o mnie. Biegło mi się super. Zając Andrzej zajmował się kontrolowaniem tempa, a bardziej walką o to by, biec, ja nie musiałam przejmować się niczym. Ot pogaduszki, uśmiechy i wyprzedzanie. Pogoda idealna. Chłodno, ale nie zimno, deszczowo ale nie za bardzo. Brak wiatru. Całkiem sporo dopingujących. Co do samej trasy, cóż dyszka to dyszka, grunt, że nie było pętelek bo to jest koszmarne, takie krążenie. Trasa moim zdaniem z tych szybkich, nie dużo zakrętów, trochę ślisko.

Na 9 kilometrze się rozstaliśmy z Zającem. Na mecie śliczny medal, chwilkę poczekałam na Zająca, wspólna fotka i podziękowanie za super biegową robotę.

Na mecie z Zającem Andrzejem fot. D.Szymborska

Prawda jest taka, że na bieg się zapisałam jak zobaczyłam wzór medalu - taki śliczny, że chciałam go mieć....
fot. D.Szymborska



Potem dwa metra i do domu by oglądać London Marathon…..

Takie SMSy to ja lubię!

6 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Dzięki, cieszę się bo biegło ponad 4600 kobiet :)

      Usuń
  2. Gratuluję :) super czas.

    Co do przeceniających swoje możliwości, to niestety nie tylko wśród biegaczy są tacy :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za gratulacje, też się cieszę, tym bardziej, że biegłam z uśmiechem na ustach i atmosfera była super. 3mam kciuki za rehabilitację i życzę jak najszybszego powrotu do treningów!

      Usuń
  3. I w ten sposób, zupełnie innego wymiaru nabiera dowcip: "Panie! a na ile kilometrów ten maraton?!" ... żeby Orlen miał się czym chwalić..

    OdpowiedzUsuń
  4. 46:01 gdzieś na trasie pewnie się spotkałyśmy :)

    OdpowiedzUsuń

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa