30 września 2012

Berlin Marathon, 3:57:52

Medal fot. D.Szymborska

Ahhh. Siedzę w aucie z komputerem na kolanach, jest mega nie wygodnie. To nie z powodu komputera, lecz dlatego, że WSZYSTKO mnie boli. Próbowałam spać, nie da się tyle we mnie wciąż emocji. Zaczęłam od końca, czas wiadomy, to można spokojnie opowiedzieć co się działo.
Śniadanie – przywiozłam ze sobą do hotelu toster, chleb i miód. Dzięki temu zgodnie z planem mogłam zjeść tosty i popić izotonikiem (nie domowym ale gotowym). Potem spacerkiem na start. Startowałam z sekcji F (było ich do H plus specjalna dla power walkers). Niemiecki porządek, nikt się nie przepychał. Nie czekałam zbyt długo na start bo moja grupa (E i F) wystartowały tylko 8 minut po czołówce! Ja start przebiegłam 13 minut po profesjonalistach. Postanowienie było proste, złamać 4 godziny i pobiec jak najlepiej. Ucieszyłam się gdy wypatrzyłam dwóch pace maker’ów z balonikami 4h. Zmartwiłam się chwilę później, gdy pierwszy pace maker puścił balonik. 4h poszybowało w niebo. Potem drugi pace maker również „zgubił” balonik. Do tego pani pace maker biegła bardzo nie równo raz 5:20 raz 5.50 a czasem 5.10. Zrezygnowałam. Zdecydowałam się biec zgodnie z rozpiską. Długopisem na ręce napisałam sobie śródczasy. A teraz o maratonie. WOOOOW! Przez całą długość trasy był doping. Ludzie wystawiali swoje prywatne punkty żywieniowe, można było zjeść arbuza w dzielnicy arabskiej, u Hiszpanów na biegaczy czekał jamon. Berlińczycy byli profesjonalnie przygotowani do dopingu. Mieli krzesełka, parasolki. Co kilkaset metrów grała orkiestra – od nastrojowego jazzu przez rock, orkiestry dęte do bębnów. To właśnie bębny nadawały ton. Bębniarze ustawieni pod mostami „dawali czadu”. Pod jednym z wiaduktów, dźwięk, rytm i tępo było takie, że aż się popłakałam i cała drżałam. To było coś dziwnego, coś co będę pamiętać. Przy trasie biegu stały też platformy, panie tańczyły sambę. Trochę żałowałam, że nie jestem Dunką bo z racji tego, że w maratonie startowało prawie 6 tysięcy Duńczyków i Dunek ich doping był bardzo widoczny – stali na każdym kilometrze wyposażeni w krowie dzwonki. Koniec biegu to wrzask tłumów, kołatki. Czułam się jak gwiazda.
Teraz kilka ciekawostek z trasy: pan sikający do butelki w czasie biegu, potem ją zakręcił i wyrzucił w krzaki, pomocne ręce dla wszystkich którzy upadali – wszystkim zależy na wyniku jednak pomagają. Masę różnych smaków żeli energetycznych na trasie. Były też smutne momenty: karetki na sygnale zwożące zawodników. Stosunkowo dużo ludzi idących ostatnie kilometry – a biegli na wynik poniżej 3:45. Im bliżej było do mety tym więcej biegaczy leżało na noszach opatrywanych przez lekarzy. Nie wszyscy też doczytali dokładnie mapę biegu – przebiegnięcie Bramy Brandenburskiej to nie był koniec, brakowało jeszcze kilkuset metrów.
Oprócz bębnów z pewnością zapamiętam gardłowe krzyki schnell Cóż ten doping, pełen dobrych intencji u mnie spowodował gęsią skórkę,  filmy, literatura o okupacji i holokauście zrobiły swoje. Nie wspominając o okrzyku hände hoch – po to by ładniej wyglądać na zdjęciu.
I tak to minęły mi niespełna cztery godziny biegu. Potem kolejka po medal, wyzwanie w postaci rozsznurowania buta by oddać chip, wreszcie grawerowanie medalu. Prysznic, obiad składający się z kanapki z serem i piwa – ohh jak dobrze smakowało. A teraz, nie będę pisać co mnie boli bo boli wszystko. Jeszcze tylko na koniec o tym, że ludzie mi się na stacji benzynowej dziwnie przyglądali. No dobra nie chodziłam zbyt ładnie i nie zdjęłam medalu. Przecież go wybiegałam!
Podobno wszyscy po pierwszym maratonie mówię, nigdy więcej po czym zaczynają szukać kolejnego. Różny jest tylko czas w jakim dochodzą do tego, że maratony uzależniają.
3:57:52 tyle było, na analizę biegu poczekam, bo na razie myślenie o czymkolwiek jest nie lada wyzwaniem. 

Rewers medalu fot. D.Szymborska
A tu miasto Maraton w Grecji, zdjęcie z archiwum Rodziców

Dawno temu w Grecji, Maraton



18 komentarzy:

  1. ogromne gratulacje!!!
    ból przejdzie, a satysfakcja zostanie na zawsze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję:) co bólu to przyczepiłam dziś filmik na blogu - z maratonu w Londynie ale efekt u mnie podobny:)

      Usuń
  2. Gratuluję i zazdroszczę, bo atmosfera musiała być naprawdę niezwykła :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak warto było tam pojechać! nigdy nie biegłam w tak dopingowanych zawodach - to było cudowne!

      Usuń
  3. Szacun! Taki maraton to musi być wspaniałe, niezapomniane przeżycie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) tak tylko na razie nie ma zdjęć...a lubię mieć takie pamiątki:)

      Usuń
  4. Gratulacje!!! Ale się uśmiałam z tych ludzi, którzy dziwnie Ci się przyglądali na stacji benzynowej :):):)

    OdpowiedzUsuń
  5. Co tu dużo gadać - miałam ciarki czytając Twoją relację. Wczoraj razem z moim chłopem kibicowaliśmy warszawskim maratończykom i też widzieliśmy bębniarzy! Muszę przyznać, że trochę żałowałam odłożenia startu w swoim pierwszym w życiu maratonie na przyszły rok, jednak - co się odwlecze to nie uciecze. Gratulacje! Mnie tabelki u Gallowaya pokazały 5h, przy obecnym poziomie, dlatego tym bardziej szacun. Cóż, pozostaje trenować pilnie :).

    OdpowiedzUsuń
  6. o powodzenia biegowego!!! jak coś to duże maratony są też na wiosnę:) więc nie trzeba tak długo czekać. Tabelki Gallowaya są sensowne przy założeniu, że trzymasz się jego metody. Ja używam kalkulatorów biegowych, choć niestety prawdą jest, że maraton to inna bajka niż wszystkie krótsze biegi!

    OdpowiedzUsuń
  7. Przewściekle gratuluję!
    Ledwo przebiegam 10 km, ale po przeczytaniu Pani relacji, zaczęłam kombinować, jakby tu gdzieś ten maraton wcisnąć:) Na czerwiec planowany jest pierwszy w moim mieście (Lublin), pozostaje tylko poszukać jakiegoś planu treningowego :)
    Życzę szybkiej regeneracji i do zobaczenia na Biegnij Warszawo :)

    OdpowiedzUsuń
  8. WoooW Gratulacje!!!!! Trzymam kciuki za kolejne sukcesy. Mój pierwszy maraton jeszcze przede mną. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kciuki się zawsze przydadzą, a jestem przesądna więc nie dziękuję:))

      Usuń
  9. Czytałam najpierw sama, a potem T. na głos - jesteśmy pełni podziwu (jak można tyle biec!), a relacja świetna. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Wspaniale, przyklekam na kolanko i gratuluje. Jestem pełen podziwu dla maratonczykow. Kiedy nastepny maraton? Podobno trzeba kuć żelazo puki gorące ;) Jeszcze raz wielkie uznanie i gratulacje.

    OdpowiedzUsuń