6 maja 2014

Doping w amatorskim triathlonie

A Dino patrzy.... fot. D.Szymborska
Dziś po szóstej rano nie byłam w stanie za pierwszym razem przekręcić obrotowych drzwi by wejść na basen. Za drugim razem się udało. Weszłam pod wielki dmuchany balon, usłyszałam szum wody metodycznie rozbijanej przez pływaków. Znajomy ratownik bił brawo i pokazywał kciuki do góry – życzył mi udanego treningu. Gdy weszłam do zimnej wody a) dobudziłam się b) jakoś odzyskałam siły i zaczęłam trening. Dziś na szczęście była technika a nie wytrzymałość. Z wody wyszłam szczęśliwa. Z dwóch powodów, po pierwsze, dlatego, że trening zrobiłam po drugie, dlatego, że już byłam po nim.

Wczoraj przeczytałam artykuł James’a Witts’a w czerwcowym numerze 220Triathlon (dzięki G. za przywiezienie, czerwcowego numeru z Lądka). Lubię triathlonowe, biegowe gazetki, czytam, oglądam obrazki.... i tak co miesiąc.

Witts podjął bardzo ważny i trudny temat - doping. Taki, który dotyczy amatorów. Tak, tak zawodnicy tacy jak ja decydują się na spożywanie niedozwolonych substancji. Robią to świadomie, wydają na to dużo pieniędzy, mają opiekę lekarską, a wszystko jest świetnie zaplanowane.

Autor teksu o dopingu w amatorskim triathlonie podaje kilka powodów tego, że amatorzy sięgają po niedozwolone dopalacze.

Po pierwsze, wyrywkowe kontrole antydopingowe dotyczą (w większości przypadków) tylko elity. Czyli tych, którzy zajmują pierwsze miejsca. Inaczej sytuacja wygląda w stosunku do zwycięzców kategorii wiekowych. Tutaj kontrole są wyjątkiem. Czyli można czuć się (prawie) bezkarnym. Z przytaczanych przez Witts’a danych wynika, że triathlon jest sportem w którym bardzo rzadko sprawdza się zawodników, nie ma takiej kontroli jak u kolarzy czy piłkarzy. Brak kontroli, zdaniem autora przyczynia się do wzrostu użycia substancji niedozwolonych – proste myślenie – nikt mnie na tym nie złapie bo nikt mnie nie będzie badał – niestety jest coraz częstsze.

Po drugie, Witts pisze o samcach Alfa, którzy startują w zawodach. Amatorzy najczęściej zaczynają od biegania, potem startują w znanych biegach ulicznych, odnoszą sukcesy w maratonach. Pragną czegoś więcej, a biegi ultra nie są takie spektakularne. Przechodzą do trenowania triathlonu. Chcą od razu świetnych wyników. Sięgają po dopalacze. Autor nie wspomina o samicach Alfa, ale myślę, że też są. Zasada jest ta sama – chcę być najlepszy/najlepsza jak najszybciej i już!

Po trzecie, amatorzy mają pieniądze. Do triathlonu trafiają w wieku trzydzieści pięć plus, mają dobrą pracę i mają plan – wygrać w swojej kategorii wiekowej. Tych ludzi, zdaniem Witts’a zwyczajnie stać na inwestowanie w treningi i w doping. Nie robią tego zrywami, od jakiś dopalacz przed zawodami, są pod stałą i kosztowną opieką wyspecjalizowanych klinik. Odmładzanie w praktyce często oznacza doping. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik, tak samo jak starannie wiążą krawat tak starannie dobierają speców od dopingu. Często pieniądze nie grają roli, chcą być najlepsi, nie patrząc na innych i na to co jest dozwolone a co nie.

Od niedawna w tekstach poświęconych tri wspomina się o dopingu. Naiwnie zakładałam, że dotyczy on zawodowców, profesjonalistów. Jak pokazują badania przytaczane przez Witts’a "pro" wcale często nie sięgają po doping robią to ich koledzy amatorzy. Przerażające.

Doping jest czymś czym brzydzę się najbardziej. Przygodę z tri dopiero zaczynam. Wcześniej dużo biegałam. Na amatorskich zawodach, gdzie nie było kontroli antydopingowej pojawiały się zawodniczki, które pięknie wygrywały. Nigdy nie spotykałam ich w zawodach, w których organizator zaznaczał możliwość kontroli antydopingowej. Wściekałam się, że biegają na dopalaczach, że oszukują. Nic nie mogłam udowodnić. Organizatorzy biegów argumentowali, że przeprowadzanie wyrywkowej kontroli antydopingowej jest bardzo kosztowne, że podniosłoby wpisowe. Okazuje się, że (powodując się na Zachodnie badania) w triathlonie jest jeszcze gorzej. Tutaj argument, że wprowadzenia kontroli podniesie wpisowe i zniechęci do startów, wydaje się nie na miejscu. Oczywiście, nie każdy triathlonista jest człowiekiem majętnym, jednak w większości przypadków może wydać o kilkanaście złotych więcej na to by być pewnym, że będzie współzawodniczył z innymi a nie z ich naszprycowanymi organizmami.

Wolę zapłacić więcej i samą możliwością kontroli antydopingowej przestraszyć tych, którzy zastanawiają się jak sobie nielegalnie pomóc.

Pewno, że chciałabym dziś rano pchnąć obrotowe drzwi z taką siłą by kręciły się tak jak w kreskówce, pewno, że wolałabym wyskoczyć niezmęczona z wody i popędzić na kolejny trening. Ale nie, dziś było ciężko, jutro pewno też będzie. Jednak wiem, że za miesiąc, rok, dwa drzwi będą się kręcić jak kołowrotek a ja będę pływać jak torpeda i marzyć o setce kilometrów do przejechania. Będę lekko i pięknie biegać. Tak samo jak tego jestem pewna, że nie sięgnę po nic co jest niedozwolone.

Bardzo się cieszę, że kofeina nie jest już na indeksie bo nie wiem jak rano bym wstawała!

„Testing Times” James Witts, 220 Triathlon, No. 299, Czerwiec 2014, strony 55 - 59


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa