19 lipca 2015

Rowerowa opalenizna

Trzymając się zasady - na zdjęciu przed treningiem wygląda się lepiej niż na tym po..... fot. T.


Zdjęć nie będę robić, bo wygląda to super idiotycznie. Mam opalone na rękach plamy w kształcie dziurek w rękawiczkach. Jakby tego było mało to jeszcze kreski na udach i ramionach. Czyli taka rowerowa opalenizna.

Dziś dzień pełen zamieszania. Nie przepadam za takimi. Za to ponad 60 kilometrów na rowerze bardzo cieszy.

Trasa bez zmian, tak jak tydzień temu, tylko zamiast dwóch kółek, trzy. Dziś w nowych ciuchach rowerowych. Lansik był. Piękna pogoda to kolarzy i kolarek tłumy. Ci szosowi ze starannie dobranymi dodatkami, wszystko pod kolor albo z jakimś elementem przewodnim.

Nowa bluzeczka – super, nie mam uwag a wręcz mogę polecać. Mimo, że ma tylko jedną kieszeń na środku pleców to jest ona bardzo praktycznie uszyta, z mniejszą naszywaną kieszonką na zamek. Nie trzeba się martwić, że coś wypadnie, a do tej dużej to i bidon można włożyć. Oddychająca i dzięki jonom srebra, nie czuje się brzydkiego zapachu potu. Wiadomo, że po 60 km to do najświeższych nie należałam ale nie było jakoś tragicznie, mogłam sama siebie znieść!

Natomiast rękawiczki, cóż będę ich używać na krótsze przejażdżki, bo trochę nacierają, choć może uda mi się je dotrzeć bo tak mi się podoba ich kolorystyka.




Taka stylówka dziś była jeżdżona fot. D.Szymborska


Dobry trening, piękne krajobrazy, jazda podzielona na trzy odcinki – spokojne rozjeżdżenie przez pierwsze kółko. Potem jazda za szybszym zawodnikiem – coś czego nie cierpię. To żadna frajda zamiast jechać swoim tempem to starać się trzymać koła kogoś innego. I ta migająca lampka – wściec się można. To się wściekam i staram jechać równo. Bywa ciężko. Dziś właśnie tak było.

Niestety zdarzają się treningi, takie na których już po 5 metrach (niezależnie od tego czy jest to pływanie, bieg czy rower) wie się, że lekko nie będzie. Dziś nie było, oj nie.

Wreszcie było też trzecie, dwudziestokilometrowe kółko, już na spokojnie w swoim tempie.

Licznik nie szalał, cóż, jak to mówią kolarze, dziś noga nie dawała. Daje, nie daje jeździć trzeba!

Nawet po zbyt wolnej jeździe pozostaje zadowolenie, że to co miało być pojechane – było.

Masowa produkcja, tajskiego jedzenia w niedzielę.....fot. D.Szymborska



A obiad, cóż – na szybko  - phad thai tyle, że na wypasie bo z kiełkami i sokiem z limonki. Suplementacja zakończona sukcesem, teraz to się spać chce…..

2 komentarze:

  1. Nie masz za duźo tego jedzenia? Chętnie przyjdę, ponieważ uwielbiam tajskie jedzenie :)

    OdpowiedzUsuń

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa