6 lipca 2015

Tauron Lang Tour Race – czyli różowy jest męskim kolorem i 37.2 stopni na ciepłym asfalcie - KROKOWA 2015 relacja

Róż jest kolorem kolarskim! fot. J.


Mimo, że nie mam różowego roweru to szaleję za tym kolorem. Czepek, bidon, zegarek, bluzeczki, różowo u mnie bardzo.

Wczoraj przekonałam się, że różowy jest też męskim kolorem, może nie tak ogólnie męskim ale kolarskim na pewno! A wszystko dlatego, że Tauron jest głównym sponsorem tego cyklu wyścigów – wszędzie jest różowo, a kolarze z dumą noszą różowe buffy, smyczki. Ten babski kolor zmienia się w kolor poważnych, kolarskich zawodników! Dla mnie raj, mam różowy buff, bransoletkę…

Ścigałam się na dystansie MINI czyli 57 kilometrach w Korkowej, byłam 6 kobietą w kategorii K2.

Nie wiedziałam, że świat kolarstwa jest tak męski. Przed startem, w biurze zawodów wywieszono rozpiskę, kto w jakim sektorze powinien startować – wszystko według kategorii wiekowych. Jest tylko małe „ale” kobiet w tym nie uwzględniono, WSZYSTKIE kobiety niezależnie od tego czy z licencją kolarską czy bez, szybkie, wolne, początkujące, jeżdżące zawodowo, trafiają do ostatniego sektora – seniorzy i kobiety, konferansjer przestawia to jako najpiękniejszy sektor.

Wciąż jestem jeszcze początkującą kolarką, peleton i tak by mi uciekł, ale po Głownie (relacja TUTAJ), wiem, że są w Polsce dziewczyny, które jeżdżą lepiej od większości chłopaków. A taki start bardzo wiele utrudnia. Jak dogonić uciekający peleton, który wystartował 3 minuty wcześniej? Chłopaki nie czekają!!!! Zdecydowanie wolałabym, żeby sektor w którym trzeba się ustawić zależał albo od wieku niezależnie od płci, albo od wyników czasowych uzyskanych we wcześniejszych zawodach.

Jakoś taki mi narzekanie wyszło na początek, a to był taki cudowny wyścig!


Pakiet startowy fot. D.Szymborska


Świetna organizacja. Wyznaczone parkingi – to nie jest szczegół, jak wiezie się rower to nie przyjeżdża się komunikacją miejską, tym bardziej, wyścig był po wsiach pomorskich.

Super oznaczona trasa. Organizatorzy zastrzegali w komunikatach, że asfalt nie najlepszej jakości. Byłam przygotowana na jakieś wielkie dziury „tarki”, a tutaj blat! Kilka dziur oznaczonych sprayem, lekko stresujące przejazdy przez tory kolejowe. Nie tak spektakularne jak na wielkich tourach. Nie było nadjeżdżających parowozów, bo po tych torach od lat nic nie jeździ,  czyli nikt pod pociąg nie wpadł!

Organizacja zawodów na tip top. Przemiła obsługa w biurze zawodów. Niespodziewanie „bogate” pakiety startowe. Dostałam różowy buff, bidon (będzie czym szpanować jeżdżąc po mieście), odżywki maści wszelakiej: żel, baton, proszek, napój. Nie musiałam nic dopłacać za numer startowy, a dokładniej dwa do przypięcia na koszulkę, jeden z chipem do roweru.

Przy starto-mecie powstało całe miasteczko – atrakcje dla kibiców czekających na kolarzy – od malowania buziek, kolorowanek, przez gry zręcznościowe, fotobudki, przez foodtrucka, gar kuchnię (w pakiecie był żeton na posiłek).

Sam wyścig ogromnie mi się podobał. Start z seniorami okazał się ciekawym doświadczeniem. Od razu wiedzieli, że jestem triathlonistką, bo żaden kolarz nie ma takich torebeczek na dętkę i łyżki. To domena triathlonistów – kolarze pakują wszystko do kieszonek w bluzeczkach.

Potem było jeszcze ciekawiej. Starszy kolarz, zachwyca się moim rowerem, potem bezpośrednio przechodzi do sedna tematu – ma syna w kategorii M2, syn porządny chłopak, a tak dziewczyna z pasją by mu się bardzo przydała. Dziękuję uprzejmie, mówiąc, że jestem „zajęta”. Kolarz dziękuje za miłą rozmowę, przepycha się z rowerem do kolejnej dziewczyny, tym razem zaczyna rozmowę od tego, czy panienka ma narzeczonego, bo jego syn to porządny kolarz w M2. Pan się nie zrażał! Ciekawe czy syn wie, co jego ojciec wyprawia w ostatnim sektorze!!!!

Takie sektory....fot. D.Szymborska


Kolejny rozpoznawalny dla kolarzy znak, że ja „nie swoja” – żel przyczepiony do ramy. Tak na wszelki wypadek, taka bardziej pomoc psychiczna. Jakbym już nie miała na nic siły to sobie „wciągnę”. Tak nie odżywiają się na trasie kolarze…..

Sama trasa piękna, ale bardzo wymagająca – podjazdy z tych „killerskich”, część w lesie a reszta w pełnym słońcu. Dzięki przepracowanej na trenażerze zimie, na podjazdach wyprzedzałam, roweru nie pchałam, gorzej było na zjazdach, jechałam zbyt zachowawczo. Wciąż jest nad czym pracować!

W czasie 57K wypiłam 750ml izotonika, żelu nie jadłam, wjeżdżając na piękną metę, zamiast szaleć z radości przejmowałam się, żeby nie zaliczyć gleby – meta była wyłożona różowymi matami z logo sponsora. Pięknie wygląda w telewizji ale jest ślisko!

57K - jakbym przebiegłam to bym była ultasem, ale przejechałam więc nie jestem - zrzut z Endomondo


Po wyścigu, jak zapakowaliśmy rowery do auta (coraz szybciej idzie nam ta kolarska strefa zmian!) to wzięliśmy ciuchy do przebrania i poszliśmy szukać pryszniców. Był drogowskaz. Znaleźliśmy. Prysznice były, dla rowerów – takie boksy jak w myjni, plus dwa natryski. Tak na środku polany. Cóż dowiedziałam, co jest najważniejsze – czystość roweru nie kolarza! Umyłam się „na raty” – lepsze to niż nic!

Do domu wracałam bardzo zmęczona, z jednej strony zadowolona, bo w dużym wyścigu 6 miejsce w kategorii to dobrze, z drugiej, chciałabym lepiej, ale to „lepiej” samo nie przyjedzie. Dużo treningów przede mną!


Obiecałam, komuś, że do jesieni będę jeździć równym tempem….dziś to tylko rower wyczyszczę ale jutro idę się znów opalać w ruchu!!!

6 komentarzy:

  1. Nawet na rollercasterach trzymalam wczoraj za Ciebie kciuki! ;) I, i tak jestem zdania, ze Twoja autentycznosc, konsekwencja i upor sa godne podziwu i nasladowania! Go Dota! Go Dota! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. WOW rollecaster, nigdy nie jeździłam! dzięki za miły komentarz, oj tak byłam autentycznie padnięta! a dziś czuje konsekwencje bo wszystko mnie bardzo boli :)

      Usuń
  2. Jej, podziwiam taki wysiłek w taki upał!:)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję za miły komentarz.

      Będzie mi bardzo miło przeczytać kolejny, ale bez linka reklamowego:)

      pozdrawiam

      Usuń
  3. fajnie się czytało, chociaż nie wszystko zrozumiałam (co tosom buffy i do czego na rajdzie służą łyżki?)
    wczoraj mocno ściskałam kciuki, mocno :
    Gratulacje wyniku! za rok będzie historią, a Ty jeszcze szybciej na kolejnej mecie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. buff - czyli kołnierz, chustka na szyję, głowę, rękę
      łyżka - plastikowe narzędzie, które przydaje się do wymiany dętki

      Dzięki za trzymanie kciuków, i przypomniałaś mi o naszej rozmowie :) postaram się dziś Ci odpisać :)

      Usuń

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa