20 lipca 2013

Świder Trail Marathon 2013 – relacja i złej organizacji mówię NIE!!!


Nabiegany medal - fot D.Szymborska


Nogi domyłam, wannę też. To mogę spokojnie napisać jak było. Po pierwsze musiałam ochłonąć, bo z tak złą organizacją biegu to się jeszcze w życiu nie spotkałam. Aż przykro.

Najlepiej relację zacząć od początku, o 9.50 wystartowały starsze dzieciaki na trasie 1.5K. Minutę później wystartowali najmłodsi, niestety organizatorzy poprowadzili bieg złą trasą. Nie wiadomo ile dzieci przebiegły – wiadomo, że miały biec 0.5K. Na szczęście wszystkie dzieci z lasu wróciły.

To nie wróżyło dobrze. Jednak płacąc wpisowe a nie umawiając się ze znajomymi na bieganie po lesie można oczekiwać, że organizator oznakuje trasę. I tu pojawia się błędne myślenie, o czym „uświadomił” mnie pan dyrektor organizacyjny. Zgłaszając, że na trasie nie było oznaczeń, że zawodnicy skracali trasę o KILKA kilometrów, usłyszałam, że bieganie nie zwalnia z myślenia. Pozostaje pytanie kogo? Moim zdaniem organizatora.

O co chodzi? A mianowicie o oznakowanie trasy, a raczej jego brak. Trasa piękna, trudna i wymagająca, zwalone drzewa (do przeskakiwania – wiem po co robię płotki), niskie konary do przeczołgiwania się pod (wiem po co robię płotki), wreszcie lina! Tak, tak lina bo zbieg był po skarpie mostu, owa skarpa była z betonowych płyt.

Półmaraton, który biegłam składał się z dwóch pętli. A właściwie powinien się składać bo, to jak zawodnicy go biegli było pełną dowolnością. Niestety trasa była nie oznakowana. Biegłam z przodu stawki (ale nie na samym czele) stąd wiem, że ci, którzy naprawdę się ścigali skrócili trasę bo przebiegli nie tym mostem. Wiem, też, że niektórzy tak błądzili, że spotykałam ich biegnących „pod prąd”. Ja miałam szczęście, biegł w pobliżu „lokals”, który powiedział, że tak została wyznaczona trasa – musiałam podjąć decyzję – próbuję dogonić czołówkę czy też biegnę właściwą trasą. Wybrałam to drugie – przecież ja przyjechałam do Otwocka nabiegać treningowo i spokojnie półmaraton.

Miało być spokojnie, ale niestety nie mogłam sobie na to pozwolić. Nie chodzi o ambicje, nie chodzi o ściganie się. Powód był bardzo prozaiczny – nie chciałam sama zostać w lesie, zgubić się i czekać na nie-wiadomo-kogo-nie-wiadomo-kiedy. Dlatego biegłam szybciej niż sobie zaplanowałam.

1:58:04. Cieszy, tylko co z tego, jak tak naprawdę nie wiem, która byłam, nie wszyscy skracacze trasy zostali zdyskwalifikowani. A szkoda, regulamin mówił, że nie wolno i będą dyskwalifikacje. Niestety oprócz braku oznakowania na trasie brakowało organizatorów, którzy by sprawdzali jak biegniemy. Nie chodzi tutaj o oszukiwanie celowe, o to nikogo nie posądzam, bardziej chodzi o dezorientację i problemy ze znalezieniem trasy. Biegnąc w grupie, której skład się zmieniał wymienialiśmy się wynikami odczytów z naszych zegarków, niektórzy mieli o 2 czasem 3 kilometry mniej.

Na metę wbiegłam zadowolona z tego, że udało mi się nie pokręcić trasy, zrobić dobry trening. Na mecie czekało, wielkie rozczarowanie, wiem, którą kobietą powinnam być na mecie, wśród tych, które biegły regulaminowo. Nie byłam. A co najsmutniejsze organizator nie widział w tym nic złego, dla nikogo nie było słowa przepraszam.

Bo o tym, że nie będzie profesjonalnego pomiaru czasu, tylko ręczny to usłyszałam przed startem – bo coś „się popsuło”. Rozumiem, zdarza się. Jednak oznaczenie trasy nie wymaga niczego innego jak staranności i solidności, a tego zabrakło.

Czekałam na wyniki, miały być podane o 14.30 niestety były tylko częściowe. Organizator miał weryfikować je dalej…

Nawet nie wiem czy będę zerkać na nie w sieci. Po co? Wiem jak pobiegłam, cieszę się z treningu i więcej na tą imprezę nie przyjadę. Po co? To nie ma sensu, albo płacę wpisowe i startuję w biegu zorganizowanym – mam start i metę, oznakowaną trasę, jasne zasady – biegnę po trasie i czas w jakim ją pokonam oznacza, które miejsce zajęłam. Albo umawiam się ze znajomymi i gonimy się po lesie. A tutaj? Tutaj biegłam, szukałam trasy…. Dawno nie byłam tak smutna, oszukana i rozgoryczona. A mogło być super….. nie było, i to co mnie najbardziej martwi to, to, że główny organizator z którym rozmawiałam nie widzi w tym żadnego problemu. Mam nadzieję, że jego pogląd na organizację zweryfikują biegacze – po co startować w czymś co zupełnie nie jest zorganizowane? To nie ma sensu.

Medal dowiesiłam do kolekcji, ale bez specjalnego entuzjazmu. Należał mi się to pewne, ale z biegiem nie mam dobrych wspomnień.

Ze śmiesznych rzeczy to sięgnęłam w punkcie odżywczym po wodę, drugim razem wzięłam kubek z żółtym napojem bo akurat taki mi podała pani. Jakie było moje zdziwienie co poczułam w buzi…coś co wyplułam. To był napój Helena – winogronowy. Oj zdecydowanie wolę wodę!

Ze zdecydowanie nieśmiesznych rzeczy to, wracając autem do Warszawy, na drodze spotykamy biegaczy – to ci, którzy wystartowali w Maratonie. Biegli szosą. Byli jakieś 4K od niewytyczonej trasy zawodów, nad Świdrem. Współczułam im. Cieszyłam się, że miałam szczęście i biegłam w grupie, która podejmowała dobre decyzje i udało mi się ukończyć prawdziwy półmaraton.

Na przyszłe wakacje poszukam sobie innej połówki, bo do Otwocka się nie wybieram.

3 komentarze:

  1. wg. organizatorów byłam 7 w Open Kobiet, a mój czas to: 1:57:45,3 - fascynująca jest "dokładność" ręcznego zapisu... nie wspominając o weryfikacji trasy, którą przebiegli biegacze przede mną.... koniec tematu...to nie był dobry bieg...organizacyjnie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej, jaka szkoda, że taka porażka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja również biegłam ten półmaraton, potraktowałam go jako fajny trening (szczególnie, że do tej porynie biegałam w takim terenie połówek). Faktycznie organizacja była.... chyba brakuje mi słowa, dość luźna. Również w pewnym momencie grupa w której biegłam mocno zastanawiała się, czy to aby na pewno nie bieg na orientację, bo gdzieś oznaczenia diabli wzięli. Generalnie rozbawiły mnie "punkty kontrolne", które nie specjalnie interesowały się tym kto przybiegł, po co i dlaczego. Ale mimo wszystko mnie się podobało, być może dlatego, że biegłam w przemiłym towarzystwie a i okoliczności przyrody były sprzyjające. Poza stłuczonym kolanem i rozbitą ręką mam na pamiątkę fajny medal (chociaż szkoda, że jednak nie jest na nim oznaczono, że była to połówka) i ciekawe doświadczenie. A, zapomniałabym ja na jednym z puntów odżywczych dostałam do picia sok malinowy :-). W przyszłym roku jednak wystartuję ponownie (podobało mi się bardziej na She runs....). POzdrawiam

    OdpowiedzUsuń

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa