3 lipca 2013

Grands Crus de Bordeaux – Warszawa przystanek przed Moskwą

Arkady Kubickiego i wino francuskie fot. D.Szymborska



- Nie, nie tego wina nie będę sprzedawać w Polsce. My mamy taki tour. Warszawa jest tylko przystankiem przed Moskwą. – tłumaczył mi jeden z winiarzy.

- Z tymi podatkami i z naszymi wysokimi cenami to nie ma sensu. – mówił kolejny.

Chateau Cheval Blanc, Chateau Mounton Rothschild, Chateau d’Yquem -  czyli członkowie honorowi Union Des Grands Cru de Bordeaux nie przyjechali na degustację. Pewno Warszawa to taki przystanek „na żądanie” a oni nie mieli się ochoty zatrzymywać. Smutno.

Bywa Warszawa to nie Moskwa, to słyszałam na każdym kroku. Jednak nie mogę narzekać na wina, których próbowałam bo udało mi się wypluć prawdziwe perełki.

Zacznę od słodkich, których oczywiście próbowałam na końcu. Razem z jednym z winiarzy pośmialiśmy się z tego, że niektórzy odwiedzający tą degustację zaczynali właśnie słodyczą, dlatego, że były to pierwsze stoły po wejściu.

Bardzo lubię słodkie wina. Nie kupuję ich, tylko degustuję na różnych spotkaniach. Wciąż niestety panuje przekonanie, że słodkie wina są słodkie. Nie są jak są dobre gatunkowo. A takich właśnie dziś próbowałam.

Chateau de Fargues – winnica o 15ha, produkują około 15 tysięcy butelek, zaproponowany rocznik 2010 Sauternes ma 133gramy cukru, kosztuje mniej niż 20E i smakuje serowo rodzynkowo. Jeszcze czeka w beczkach na rozlanie, więc miałam okazję przepróbowania tego rocznika.

Chateau de Rayne Vigneau to większa 62 hektarowa posiadłość a Sauternes ma aż 120 gramów cukru, jest to proste wino, nie porywa ale cieszy. Zastanowiłabym się czy wydać 30E, bo kolejne i troszkę droższe wina były dużo lepsze.

Chateau Doisy Daene to w dwóch słowach niesłodkie słodkie wino. Nos cudownie agrestowy, droższe bo kosztuje 45E jednak cena odpowiada jakości. A niewyczuwalnego cukru jest 115gramów.

Dwa kroki dalej stolik Chateau Guiraud – 140 gramów cukru, brzoskwiniowe, lekko miętowe w ustach, orzeźwiające ja bym zestawiła je z szarlotką z papierówek. Winiarz polecał połączenie go z serami pleśniowymi. 50E.

W podobnej cenie i podobnie „cukrowe” wino z Chateau la Tour Blanche – moim zdaniem najlepsze wino słodkie tej degustacji, niestety niedostępne w Polsce, rodzynkowo miodowe, gęste od smaku i zapachu. Pyszne. Tak jak grzecznie wypluwałam wszystko na degustacji, tak wychodząc podeszłam raz jeszcze prosząc o nalanie wina, bo właśnie ze smakiem tego Sauternes’a chciałam wyjść. Choć wahałam się chwilę bo było jeszcze jedno wino, które pokochałam…..

Zostajemy przy białym ale zupełnie innym, cudownie wytrawnym, fascynującym i co ważne intuicyjnym inaczej. Wino, które zaskakuje, które się pamięta. To lubię najbardziej. Piszę o białym z rocznika 2010 (jak wszystkie wina na tej degustacji).Chateau Pape Clement – 60 hektarów. Nos benzynowy i lekko morelowy, dalej jest tylko ciekawiej, mineralność wysoka kwasowość. Ohh jak pysznie. Zimno, chłodno i ciekawie. Żałuję, że nie mogłam więcej czasu poświęcić temu winu, choć i tak długo, długo je mieszałam, napowietrzałam też w ustach. Ehhh. Szkoda, że wino kosztuje około 130E – dużo, ba bardzo dużo jak za białe wino, tylko jakie białe…..

Z tej samej winnicy było i czerwone, jednak nie porywało tak jak białe. Zresztą to był przypadek kilku winnic, które miały dobre, ba bardzo dobre białe wina miały przeciętne odpowiedniki po czerwonej stronie.

Dawno nie trafiłam na wino, które pachniało szałwią, niestety w ustach szału nie było. Na taki pomysł wpadli w winnicy Chateau Smith Haut Lafitte. Mają do dyspozycji 67 hektarów, produkują tylko 25 tysięcy białego wina, blend Sauvignone Blanc i gris a do tego semillion zapewnia mineralność i lekką słoność. Niestety te smaki, znów są drogie bo aż za 100 Euro.

Owocowo, orzeźwiającym winem, które jest po prostu dobre można się cieszyć już za 18E (wszystkie ceny, niestety obowiązują we Francuskich sklepach – tyle płaci chcący się napić dobrego wina Francuz lub Francuzka, u nas albo tych win nie ma, albo jak już są to ceny są bardzo, ale to bardzo wygórowane). Domaine de Chevalier proponuje to dobre i stosunkowo proste białe wino z rocznika 2010.

Białe z naszego 2010 rocznika z Chateau de Fieuzal po prostu umyka, a tak nie powinno być gdy wydajemy za butelkę 40 E.

Dużo w tej relacji o cenach, ale uważam, że to ważne by wiedzieć ile kosztuje to co się na degustacji wypluwa.

Jeżeli szukamy mineralności, które jak się dowiedziałam na Konwencie Polskich Winiarzy może być uznana za wadę to winnica – Chateau La Louviere właśnie takie proponuje z rocznika 2010. Koszt 30E,  tej samej winnicy czerwone wino ma duży potencjał, tylko moim zdaniem za wcześnie by je pić, warto poczekać ze dwa lata i wtedy cieszyć się z niego dużo bardziej.

Trafiłam też na wino lekko melonowe, jak na tą degustację to taniutkie (14E) pomysł tej owocowości pochodzi z Chateau Larrivet Haut – Brion.

W takie upały dobrze jest znaleźć jakieś orzeźwienie, Chateau Malartic-Lagraviere takie wino zrobiło w 2010 roku, jednak to drogie jak na tak zwany refreshment bo aż 65E. Czerwone wino mi nie odpowiadało było zbyt świeże, alkoholowe i niewyraźne, o cenę nie pytałam.

Obniżając loty cenowe, ale na szczęście tylko minimalnie loty smakowe – Chateau La Tour de By – tak klasyczny Medoc jak tylko to możliwe, 18E, niestety niedostępne w Polsce, za to do kupienia w Rosji.

Wreszcie wino podobne do tych z 2000 roku, Chateau Ferriere zaproponowało eleganckie wino, organiczne i smaczne. Cena również z tych elegantszych – 45E.

Wniarz z Chateau Lascombes zastanawiał się jakie będą podatki w Polsce i ile jego wino za 50E we Francji w sklepie kosztowałoby u nas, zachwalał elegancję swojego wina – i słusznie. Dobrze zbilansowane, o wysokiej kwasowości.

Tyle o winach, teraz o samej degustacji. Zaczęłam ją konferencją prasową – Olivier Bernard barwnie opowiadał o winach, winiarzach i rocznikach. Potem pozostało degustowanie – całe Arkady Kubickiego były „winne”. Znajome twarze degustatorów, miłe winne plotki. I poczucie, że Warszawa jest tym małym przystankiem….. jednak coś na tej prowincjonalnej stacji się dzieje i z tego się cieszę.

Ostatnia strona książki degustacyjnej ostrzegała przed tym, że winem można się upić i po pijanemu autem nie należy jeździć. Przyjechałam tramwajem, gdyż nawet wypluwanie bywa zdradzieckie i dzięki temu mogłam skończyć degustację na słodko.

Ostatnia strona fot. D.Szymborska

Konferencja prasowa fot. D.Szymborska

Cooler fot. D.Szymborska

Degustacja fot. D.Szymborska

1 komentarz:

  1. Śliczne zdjęcia no i sporo dowiedziałam się o winach ;)

    OdpowiedzUsuń

On Egin znaczy smacznego Topa na zdrowie! A TRI to triathlon! Czyli o tym wszystkim jest ten blog!
Dziekuję bardzo za komentarz.

zapraszam również na facebook:) https://www.facebook.com/oneginetatopa